12 kamieni

Szukałam zadania odpowiedniego dla mnie. Takiego wyzwania, które mogłabym sobie zrobić na jakiś czas, już chociażby po to by wytrwać w czymś dłużej niż moje standartowe 3 dni. No to  wreszcie mam . Choć to niesamowite w jaki sposób owe zadanie do mnie przyszło. Odsłuchiwałam po raz któryś tam pewien filmik Ewelinki Stępnickiej. I dopiero dziś usłyszałam w nim opowieść o 12 kamieniach. Jak to się stało, że nie słyszałam jej prędzej, mimo że przecież odsłuchiwałam już ten filmik nie raz? Nie wiem. Ale pewnie tak jest, że wszystko przychodzi do nas wtedy, kiedy mamy już na to wewnętrzną gotowość. Tak wiec mam moje wyzwanie CUD. Dla Ciała, Umysłu i Duszy. A jednocześnie Czas Unieść Dupę. Taki pakiet wszystko w jednym.

Zaczęło się z grubej rury, bo w drodze nad rzekę pokłóciłyśmy się z Grażką. Tak, zamiast sama stanąć do tego zadania, to zafascynowana odkryciem chciałam się z nią podzielić, opowiedzieć jej o nim. Szłyśmy razem w stronę rzeki, ja już z takim nastawieniem, że to będzie mój pierwszy dzień wyzwania. Ona bardziej w ramach spacerku. To nie był dobry pomysł, byśmy szły razem. Już od dawna to nie był dobry pomysł. I po prostu dziś wybuchnęło. Pokłóciłyśmy się. Jednak, chociaż to niemiłe doświadczenie wywołało silne emocje, to w ostateczności było błogosławieństwem i to chyba dla nas obu. Na pewno było też potrzebną lekcją. 
Natomiast w odniesieniu do wyzwania z kamieniami pokazało mi wyraźnie zaraz z początku, iż to wyzwanie jest moje i mam stawić się do niego sama. Przecież wystarczy, że będę musialł się zmierzyć z własną Fazulką (czyt. umysłem), nie potrzeba mi dodatkowo słuchać w tym procesie jeszcze umysłu Grażki.

Ale emocje po tej kłótni jednak zawrzały we mnie. Tak silnie, że nawet nie bardzo pamiętam dziwigania tych pierwszych kamieni. Wybierałam je podnosząc z ziemi zupełnie przypadkowo.  Nawet się im nie przyglądając. Dopiero tak przy czwartym zaczęłam bardziej się skupiać na nich, niż na tym co wyprawiało mi się jeszcze w głowie i na żółtej czakrze.

Schylałam się po kamień, szłam z nim jakieś 20 metrów, znowu się schylałam układając go na ziemi. Stopniowo zaczęłam się rozluźniać w środku. Dostrzegłam, iż to niby bezsensowne noszenie kamieni może mieć dla mnie niezwykle transformującą moc. Przy 8 czy 9 wiedziałam już, że na pewno chcę to robić. Nie tylko dziś, ale cały miesiąc. Wiedziałam, że znając mój słomiany zapał, brak wytrwałości i lenia w tyłku, będzie mi nieraz trudno, ale że to niepowtarzalna szansa i mam cholerny obowiązek stawić się do niej. Nie żeby coś sobie udowadniać, ale z żeby tej mojej duszyczce wreszcie pokazać, że zależy mi na niej.

Kiedy odnosiłam kamienie z powrotem na ich miejsce czułam, iż już je lubię. Podobają mi się, mimo że jeszcze są dla mnie jedynie anonimowymi kamieniami. Podziękowałam im i pożegnałam się z nimi jak z nowo poznanymi kumplami.

Jutro do nich wrócę.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.