słowa – żywe istoty

Układałam dziś w takiej szufadzie, w której trzymam różne rzeczy do podarowania. I chociaż zaglądam do niej często, to chyba pierwszy raz od bardzo dawna wyjęłam z niej wszystko, by zrobić nowy porządek. I wtedy zobaczyłam całkiem z tylu, na jej dnie woreczek, a w nim jakieś kartki i koperty. Sama musiałam ten pakuneczek tam kiedyś włożyć i leżał zapomniany, by właśnie dziś zaskoczyć mnie totalnie swoją zawartością.

W środku znalazłam list. List napisany do mnie 05 grudnia 2013 przez kogoś, kto w dobie internetu, zadziwiony sam sobą, że to robi, pisał swój pierwszy (i jedyny) w życiu prawdziwy list. Kartka papieru w kratkę, drobniutkie pismo kreślone męską ręką. I słowa pełne miłości i wdzięczności. Nawet naklejki z serduszkami, kiczowate i infantylne, ale jakże wymowne, bo przecież wiem, że musiał je ekstra w tym celu wybrać w sklepie…

Rozczuliłam się na maxa. Literki ulepione w słowa. Słowa, które wciąż są żywe. Nieważne, że minęły lata, nieważne że my dwoje pewnie spotkamy się dopiero w następnym wcieleniu. Tamte słowa, napisane z miłością w grudniowy dzień, wciąż są jak żywa istota. Wzruszły mnie do łez, do szybszego drżenia każdej komórki we mnie, do takiego wewnętrznego otwarcia, które dawno nie było tak szerokie.

Słowa – żywe istoty. Jeszcze bardziej namacalne i bardziej wibrujące przez te literki, nie wystukane na klawiaturze, ale napisane ręcznie. Każda z tych literek jest puzzelkiem dodatkowej opowieści. List napisany na kratkowanej kartce, wciąż mający swój charakterystyczny zapach. Gdy przyłożę nos wciąż mogę go wyczuć, po tylu latach. Ten zapach to też dodatkowa opowieść. Ten zapach wzrusza mnie także…
Literki, zapach, kolor koperty, brak znaczka, naklejki – wszystko to opowiada dodatkową historię, przywołuje szczegóły wspomnień. Porusza sercem…

I przypomniały mi się te wszystkie listy, które sama ręcznie tak kochałam pisać. I również te, które przychodziły do mnie. Wciąż mam je w wielkim kartonie. Posegregowane według nadawców. Przewiązane wstążeczkami. Kilkanaście, a może dwadzieście kilka takich pakuneczków. Setki listów. Większość w białych kopertach, ale są i takie w każdym kolorze tęczy. I chociaż wydawałoby się, iż zapomniane, upchnięte w kartonie, to przecież wciąż je mam. Wciąż mogę do nich zaglądać, dotykać je, wąchać, wzruszać się…

Nie robię tego już od dawna, ale poczulam, iż chcę znowu pisać listy. Takie właśnie na papierze. Piórem. Z charakterystycznych dla mnie literek lepić słowa. Słowa – żywe istoty.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.