„Kuchnia prababci” – Margaret Yardley Potter

” (…) Podczas rozpakowywania pudeł ze starymi rodzinnymi książkami Elizabeth Gilbert odnalazła zakurzony, pożółkły tom w twardej oprawie napisany przez jej prababcię, Margaret Yardley Potter. Ta zajmująco i zabawnie napisana książka jest nie tylko poradnikiem kulinarnym, pełnym doskonałych przepisów na wyśmienite potrawy przyrządzane z naturalnych produktów, ale także źródłem ciepłych i dowcipnych historii krzepiących ducha, pełnym literackich odniesień wspomnieniem życia niezwykłej kobiety, jej małżeństwa i wielu lat wypełnionych szczęściem i troską o rodzinę.(…)”

Gdyby nie moje własne kulinarne zapały, pewnie w życiu bym nie sięgnęła po tą książkę. No ale jednak nie tylko sięgnęlam, ale i przeczytałam, od czasu do czasu uśmiechając się w trakcie tej lektury pod nosem. No cóż. Jak na dzisiejsze standardy, to kuchnia pani Potter jest z pewnością niezdrowa (wszystko smażone na smalcu, zaprawiane maką, albo po części z puszek) i w dziwnych smakach (cynaderki, omułki lub grzebienie z kogutów? – no proszę was, kto dziś przyrządza swojej rodzinie takie obiady). Ponadto jak na mój osobisy gust za dużo w niej mięcha, a za mało warzyw. Zatem kulinarnie z całej książki mogłabym wykorzystać pewnie zaledwie 3 przepisy. Ale przeczytać całość było ciekawie. Zwłaszcza, że pani Potter jak na kobietę tamtych czasów ma całkiem fajne poczucie humoru i przejawia wielką kreatywność przeplecioną z luzackim podejściem, czego akurat nigdy nie za wiele i niejednej dzisiejszej pani domu by się przydało. Lektura była więc jak najbardziej przyjemna, chociaż przyznaję, że gdybym sama nie lubiła gotować, to pewnie nie wytrwałabym nawet do końca pierwszego rozdziału. Tak czy siak było to coś innego, a inności zawsze wzbogacają i rozszerzają zakres własnego postrzegania.
Tym samym polecam, nie tylko kulinarnym zapaleńcom.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.