wielepoziomowo ale jednocześnie

Byłam w jakimś budynku, który stanowił sam w sobie swego rodzaju ogromną, dziwną krainę. Był wielopoziomowy, zbudowany nie jak współczesne budynki, gdzie każde piętro stanowi jeden wyraźny poziom, tylko trochę przypominał ogromny,  dziwny zamek z jakieś bajki. Piętra w nim czasem miały jakby pomieszczenia opuszczone jakby w przestrzeń między piętrami.  Były miejsca, które stanowiły jakby przejście albo coś pomiędzy jednym poziomem a innym. Ściany były miejscami okrągłe, czasem proste, zbudowane miejscami z białej cegly, czasem z ciemnego drzewa. Całość była ogromna, z mnóstwem komnat, pomieszczeń, szerokich korytarzy, ale i wąskich, krótkich przejść. Były wieżyczki i piwnice. Mimo tego pogmatwania i pozornego chaosu, zamek  był dość przejrzysty, panowało w nim dużo światła i przestrzeni.
Ja sama w śnie przemieszczałam się jedynie na jakiś 2 – 3 poziomach, ale miałam cały czas świadomość tego, że budynek ten jest o wiele, wiele większy. I że wiele pięter znajduje się zarówno pode mną jak i nade mną
 
W owym budynku oprócz mnie znajdowali się swego rodzaju rycerze. Chociaż to nie jest odpowiednie słowo. No dobra, to nie jest w ogóle odpowiednie słowo dla tych postaci, które mi w śnie towarzyszyły. Ale spróbuję opisać. Najważniejsze jest to, że wiedziałam w śnie, że są to postacie męskie. Wyglądali z sylwetki jak ludzie, ale nie wiem czy byli ludźmi czy może duchami, czy innymi kosmitami. Nie widziałam ich twarzy. Wszyscy byli bardzo wysocy i bardzo szybko się poruszali. Nie chodzili normalnie, raczej tak jakby się przesuwali w powietrzu, jakby sunęli tuż nad ziemią. Czasem jeździli na wierzchowcach, chociaż te ich konie też nie do końca przypominały prawdziwe konie. No i mieli na sobie dziwne kostiumy. Coś w rodzaju zbroi (dlatego skojarzyli mi się z rycerzami), chociaż była ona nie jak z metalu, a czegoś bardzo elastycznego. Tak jakby z jednej strony była swego rodzaju pancerzem ochronnym, a z drugiej jakby stanowiła wręcz cześć ich samych, jakby była drugą skórą. Te zbroje na nich były koloru czarnego lub ciemnej szarości z metalowym połyskiem. Do tego mieli przyczepione jasne peleryny. Wszystkie te męskie postacie pojawiały się jakby w tle, nie wchodząc ze mną w bezpośrednie interakcje. Jednak przez cały czas miałam wrażenie,  że po pierwsze oni mnie chronią, są gwarancją mojego bezpieczeństwa. A po drugie, nawet jeśli żadnego nie było w pobliżu, to wiedziałam, że są w pobliżu, tzn cały czas czułam ich obecność – taką obecność, która czuwa. I to czuwa też po to, by mnie chronić. Przed czym? Nie mam pojęcia. Ja sama w tym śnie ani razu nie czułam się być w jakimś zagrożeniu. Wręcz przeciwnie, miałam poczucie swobody, wolności i dużej przestrzeni.
 
W pewnym momencie snu zwiedzając, czy raczej odkrywając różne zakamarki, komnaty, korytarze i przejścia w tej cześci budynku, po której się poruszałam, odkryłam wielkie, szerokie, drewniane wrota prowadzące na zewnątrz. Bardzo mnie zaciekawiły. Otwarłam je i zobaczyłam coś w rodzaju podwórka. Na nim znajdowała się jakaś starsza kobieta, ubrana jak na filmach o średniowieczu. Robiła coś pochylając się nad wielkim drewnianym naczyniem. Mogła by być np praczką, ale równie dobrze ubijać masło (tak o niej pomyślałam). Spojrzała na mnie, nic nie mówiac, ale miałam wrażenie że ona pilnuje bym nie wyszła niepostrzeżenie z zamku. Tzn nie miała mocy by mnie zatrzymać. Nie takie było jej zadanie zresztą, ale miała po prostu wiedzieć kiedy będę chciała wyjść. Kiedy ją zauważyłam i zdałam sobie sprawę od razu, że jest ona taką swego rodzaju tajną wartowniczką, wycofałam się do korytarza. Od razu jednak pojawili się na koniach rycerze. Nic nie mówiąc, przejechali obok mnie, tak jakby mi chceili pokazać, że są obok i wiedzą co zamierzam.
Te wrota na zewnątrz jednak nadal bardzo mnie kuszą. Postanawiam, że chcę odkryć co znajduje się dalej, za podwórkiem .
 
W tym momencie kiedy to postanawiam dzieje się coś bardzo, bardzo dziwnego. Korytarz, na którym stoję jakby się rozdwaja na dwa korytarze, na końcu których widać bramę, czyli w zasadzie są już też 2 bramy. A ja stoję JEDNOCZEŚNIE w obu tych korytarzach. Idę znowu do tej bramy i wyglądam na zewnątrz. Za jedną bramą widzę znowu podwórko, druga natomiast jest wejściem do jakieś kuchni. Postanawiam już definitywnie wyjść na zewnątrz. Ale jednocześnie uświadamiam sobie, że ja sama jestem jakby rozdwojona.
Nigdy prędzej nie przyśnilo mi się coś takiego. Oto w śnie jestem jakby w dwu mnie JEDNOCZEŚNIE. I – również jednocześnie- widzę te obie mnie jakby z zewnątrz. O dziwo, nie wiadomo skąd pojawiają się także dwa biale wierzchowce, właściwie nie całkiem białe, tylko takie nakrapiane siwki. I ja nagle na nich już siedzę. Siedzę w dwu ciałach na dwu koniach zwrócona twarzą do ich tyłków. Te konie wyglądają identycznie. Ja natomiast widzę, iż jedna ja mam zupełnie czarną twarz, tak jakby była pomalowana czarną farbą. A druga ja mam twarz białą, jak pomalowaną na biało. I mam to niesamowite poczucie, że jestem w obu tych mnie jednocześnie, mimo że są to zupełnie dwa odrębne ciała. A jednak robimy wszystko to samo, myślimy jakby razem, rozumiemy się bez słów, nawet bez myśli, bo ja jestem oboma mnie.
Fascynuje mnie to, a jednocześnie nieco przeraża. Bardziej zadziwia.
Czuję przypływ ogromnej siły.
 
Pojawiają się wokól mnie ci rycerze, te męskie postacie. Pędza na swoich rumakach zataczając wokół mnie koła, tak jakby mnie przyjmowali do swego grona. Nadal nic nie mówią, ale są blisko i po raz pierwszy nie mam poczucia, że mnie chronią, ale że mnie PRZYJMUJĄ. Krążą tak wokół mnie na tych koniach z ogromną szybkością. I z każdym okrążeniem czuję bardziej przynależność do nich. Nadal wszyscy znajdujemy się wewnątrz zamku, jakby w jednym szerokim korytarzu. Po czym oni nagle odjeżdżają w głąb zamku. Ja w swoich obu ciałach i na obu moich wierzchowcach jadę za nimi. Już nie interesuje mnie to, co jest na zewnątrz, teraz interesuje mnie by poznać i odkryć cały zamek. Odjeżdżam za nimi jako ja w DWU postaciach, jednej z czarną, a drugiej z białą twarzą. Jestem nimi jednocześnie i chociaż czuję się bardzo, bardzo dziwnie z tym, to czuje się też szczęśliwa i bardzo silna
 
Dalsza część snu jest taka, że budzę się, nie w rzeczywistości tylko jakby nadal w śnie. Budzę się z płaczem (ale nie strachem). Jeszcze nie wiem tak do końca, że się budzę, tylko czuję, że przytula mnie i próbuje uspoić Michał – który chyba spał ze mną w jednym łóżku. No więc ja budzę się ze snu, nadal w śnie, z tym płaczem, on mnie przytula i uspokaja i wtedy widzę nas jakby z góry. I widzę również, że ten PŁACZ mój ma kolor kobaltowy, a jego PRZYTULANIE I USPOKAJANIE MNIE nieco ciemniejszy odcień, jeszcze nie granat już nie kobalt. I oglądam nas z góry jakby zanurzonych w takim świetle kobaltowo-szafirowowym i się bardzo dziwię temu, że płacz ma kolor, przytulanie ma kolor. A jednocześnie wcale się nie dziwię i wydaje mi się to być zupełnie naturalne. I fascynuje mnie to bardzo.
I kiedy nad tym myślę (nadal w śnie) i przypominam sobie również ten wcześniejszy sen (czyli sen w śnie), o tym, że byłam mną z czarną twarzą i z białą twarzą, to chcę być nadal jednocześnie tam i tam i jeszcze tu, w objęciach Michała z tymi kobaltami i szafirami i także tu, wisząc pod sufitem i oglądając nas z góry. I wtedy on, Michał mi mówi  – choć nie wiem czy on mi to mówi, czy to może ja sama, bo nie do końca wiem gdzie zaczyna się on, a gdzie ja, ale kiedy mnie przytula mam wrażenie, że to jednak on – w każdym razie mówi mi, że wszystko JEST JEDNOCZEŚNIE.
No i to jest dla mnie niepokojące bardzo i fascunjące zarazem.
I wtedy się obudziałam naprawdę.

Jedna myśl na temat “wielepoziomowo ale jednocześnie”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.