sen o energii

Nie wiem gdzie byłam, bo to nie było jakieś konkretne miejsce. Wiem tylko, że ja i inni ludzie, bo było nas całkiem sporo, mieliśmy przed sobą takie jakby zadanie. Choć to nie jest właściwe słowo do określenia tego, co miało miejsce. Po prostu szliśmy lub przemieszczaliśmy się w dowolnie przez siebie wybranym kierunku, mogliśmy stać w jakimś punkcie tak długo, jak nam się podobało, ale ostatecznie byliśmy i tak jakby na pewnej drodze. I w czasie tej „wędrówki” zdarzały się momenty, które były w moim odbiorze niejako sprawdzianem, testem, konfrontacją tego czy wybraliśmy drogę właściwą, albo właściwe miejsce do odpoczynku. Nikt nas przy tym nie oceniał, ani nie ganił, nie było więc czegoś takiego jak dobra czy zła droga, dobre czy złe miejce, ale były momenty, w których doznawało się takiego swoistego uderzenia energii. Wkraczało się w jakiś punkt i oto następowało coś jak zerwanie pieczęci lub uaktywnienie pieczęci i jednocześnie, w tej samej chwili doznawało się takiego specyficznego „dotknięcia” energii. Przy czym ta energia była różna w różnych miejscach. Nigdy z góry nie wiedziałam jaka ona będzie, ale zasadniczo były dwie możliwości. Albo była jak ciepły podmuch wiaterku, jak nuta przyjemnej muzyki i zapach kwiatów jednocześnie. Jak smak pachnących słońcem truskawek i dotyk ukochanego, jak chłodek wody w gorący dzień i zapach lasu.  Wszystko na raz, w ułamku sekundy. I takie uczucie radości, spokoju, zadowolenia z tego, że się wybrało „dobrze”. Zanim to następowało to o ułamek sekundy prędzej widziało się jakby tysiące cząseteczek materii, które zlatują się do kupy i tworzą jakiś symbol. Drugi rodzaj był taki, że pojawiał się najpierw symbol i w ułamku sekundy rozpadał się na tysiące maleńkich kawałeczków i zaraz potem czuło się podmuch chłodu, czegoś leppkiego, smutnego, ciemnego, o nieprzyjemnych dotyku, dziwnie trzeszczącym odgłosie. Nie było to coś jakoś bardzo przerażającego, ale wzbudzało niepokój, powodowało uczucie smutku i zawodu wobec samego siebie, że się wybrało „źle”. I tak sobie szłam przemieszając się dalej i dalej, i wybierając kolejne moje kroki całkiem na zasadzie słuchania swojego wewnętrznego głosu. Dwa albo trzy razy obał mnie ten leppki, niemiły podmuch, dwa razy odświeżył ten cudowny. Aż w pewnym momencie jakiś głos we mnie powiedział mi, że teraz tu. Zrobiłam swój kolejny krok i oto urochomiło się coś MEGA potężnego. W ułamku sekundy nadleciały miliony ciupeńkich cząseteczek i tworzyły się symbole. Jeden symbol przemieniał się w następny. Nie pamiętam pierwszego, ale potem był ptak, płomień, żaba, kwiat lotosu, motyl, znak nieskończoności i na koniec BUM.

Nie potrafię tego ubrać w słowa, bowiem żadne słowa nie są w stanie opisać tego doznania. To było jak wybuch czegoś niesamowicie pięknego. Potężna fala energii, która rozbłysła w jednym ułamku sekundy i rozlewając się uderzyła we mnie. Jasność, ciepło, muzyka, zapach, smak, dotyk, radość, zachwyt, zdziwienie, orgazm na wszystkich poziomach, fizycznym, emocjonalnym, duchowym. I ja, która jakby zostaję wyrzucona z ciała, jakbym się sama rozpadała na milion małych kawałków, po to by być / czuć wszystko na raz.  Krótki moment, w którym było jakby wszystko. Niewypowiedzianie cudowne.

Obudziłam się zaraz potem. Zdziwiona, zachwycona, roztrzęsiona wielkością doznania. Naładowana radością, szczęśliwością i uczuciem ciepła. Ale jednocześnie wyczerpana jakby i z uczuciem tęsknoty oraz jakimś dziwnym przekonaniem, że nie jestem jeszcze gotowa.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.