„Pod niemieckimi łóżkami” – Justyna Polanska

„Książka, która w Niemczech wywołała falę dyskusji. Autorka, trzydziestodwuletnia Polka, od dziesięciu lat sprząta, oczywiście „na czarno”, tamtejsze domy. I ma wiele do powiedzenia, m.in. o stosunku swoich pracodawców do siebie oraz o słynnym niemieckim porządku i czystości… Ale to także wyjątkowa rzecz „z pierwszej ręki” o życiu młodej kobiety, egzystującej nielegalnie z dnia na dzień jak miliony imigrantów (i pół miliona sprzątających Polek!), bez perspektyw i jakiejkolwiek ochrony, od zdrowotnej począwszy… Śmieszne, straszne i pouczające.”

352x500

Sięgnęłam po tę książkę głównie z jednego powodu: bo od lat mieszkam w Niemczech, nawet w tych samych okolicach, o których pisze autorka i też pracowałam jako sprzątaczka u tych tak zwanych bogatych Niemcow. Nie jest to co prawda jedyne moje zajęcie, ale powiedzmy mam też w tym względzie jakieś tam doświadczenia. W końcu też zaglądam pod niemieckie lóżka. Tylko że moje doświadczenia (jak i większości moich koleżanek, które też sprzątają) są jednak zupełnie inne. I czytając aż się zastanawiałam jakim cudem ja trafiam na całkiem normalnych, sympatycznych i zwyczajnie ludzkich Niemców, a autorka na samych … hmmmm conajmniej dziwnych (choć to bardzo łagodne określenie).

Nie, nie podobała mi się ta książka. I to z kilku powodów. Porównując moje doświadczenia (specjalnie wypatyłam o to też wszystkie moje koleżanki, które sprzątały lub sprzątają prywatnie w niemieckich domach) uważam, iż jest ona przesadzona. Pewnie, że zdarzają się przypadki, może nawet dokładnie takie jak te opisane w książce, ale są one WYJĄTKAMI. Tymczasem autorka przedstawiła je tak, iż można by odnieść wrażenie, że przeciętny bogaty Niemiec zatrudniający sprzątaczkę, to wredny typ, niecierpiący obcokrajowców, sknerowaty do bólu i w dodatku posiada jakieś poważne odchyły od normy. Tymczasem wcale tak nie jest.
Ta skłonność do wrzucania wszystkich do jednego worka z jakąś określoną etykietką przejawiała się również w sposobie, jak autorka wypowiadała sie o Polkach. „My Polki…” (tu następował opis prywatnych upodobań autorki, ale przeniesione one zostały przecież od razu na wszystkich). Jeny, jak ja tego nie cierpię.
I całkiem nie rozumiem co miał opis polskiego wesela (z wstawkami o rzygającym wujku) do książki o sprzątaniu w Niemczech. Nie kapuję po co to.

I wreszcie język.
Czytałam tę książkę co prawda po niemiecku, ale język naprawdę mnie raził. Z jednej strony przemądrzalskie i niby elekowentne wstawki, z drugiej wiele błędów. Podejrzewam, że w polskim wydaniu język był również raczej marny.

Ogólnie więc książka według mnie jest zwyczajnie słaba.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.