„Tak… chcę kochać” – Andrzej Setman

takchce1

Zamiast zacząć czytać tę książkę tak normalnie, jak się książki zwykle czyta, czyli od pierwszej strony do ostatniej, to zaczęłam od końca. Od tych wszystkich podziękowań do autora, od słów wdzięczności i wielkiego zachwytu właśnie za „Tak… chcę kochać”. No a przede wszystkim za wiele więcej, za to co w żadnych słowach zawrzeć się nie da.
Naczytałam się tych wszystkich listów i dopiero potem zabrałam się za książkę. I co? Ano muszę przyznć, że na pocztąku mimo iż czytało się całkiem fajnie, to mnie ona po prostu wkurwiała. Może to za mocne słowo, może czułam jedynie irytację, tak czy siak wcale a wcale nie byłam nią zachwycona. Najdziwniejsze jest to, że na dobrą sprawę nie wiedziałam co takiego mnie w niej wkurza. I nie, nie było to żadne urażone poczucie moralności (ten etap mam już od dobrych kilku lat za sobą) czy jakies inne schizy. Zwyczajnie nie wiem. Ale tak właśnie bylo. Najpierw więc czytałam i się wkurzałam. Potem dopiero to się zaczelo zmieniać. Nawet nie wiem w którym momencie. Ale oto czytałam i się śmiałam, czytałam i podobało mi się. Czytałam i myślałam sobie, że Setman jest naprawdę tak pozytywnie popierdolony, iż go uwielbiam. I w końcu czytałam i byłam zachwycona.

I pewnie wrócę kiedyś do tej książki. Może nawet nie raz. Po to by się znowu pozachwycać. Albo i po to, by zasnąć z nią w trawie w jakieś ciepłe leniwe popołudnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.