„Kafka nad morzem” – Haruki Murakami

„Piętnastoletni Kafka ucieka z domu przed klątwą ojca na daleką wyspę Shikoku. Niezależnie od niego podąża tam autostopem pan Nakata, staruszek analfabeta umiejący rozmawiać z kotami oraz młody kierowca z końskim ogonem lubiący hawajskie koszule. Ojciec Kafki zostaje zamordowany i wszystkich trzech poszukuje policja. Po spotkaniach z zakochaną w operach Pucciniego kotką Mimi, Johnniem Walkerem i innymi fantastycznymi postaciami bohaterowie trafiają w końcu do tajemniczej prywatnej biblioteki, w której czas się zatrzymał. Nocami odwiedza ją duch młodziutkiej dziewczyny w niebieskiej sukience…”

Tak właściwie to nie jest to książka, która mieści się w kategorii moich ulubionych klimatów.
Musiałam oswoić się z tym dziwnym, surrealistycznym światem bohaterów. Nie dlatego, iż mam problem z elementami magii czy fantastyki, ale jednak tutaj było to wszystko trochę zbyt dziwne. Jak dla mnie.

Powieść jest naszpikowana licznymi pięknymi metaforami, skłaniającymi do refleksji, jak dobry sernik wiedeński rodzynkami. Lubię rodzynki. A mimo to z sernikiem wiedeńskim mam zawsze problem. Z jednej strony jest znakomity, z drugiej coś w nim nie do końca mi pasuje. A „Kafka nad morzem” jest dokładnie jak sernik wiedeński. Jedyny w swoim rodzaju. Ale to Nakata i Hoshino powodują, iż nie mogłam mu się oprzeć.
Jak dla mnie ci dwaj stanowią tutaj kwintestencję niepowtarzalnego smaku, są jak najprostszy, a jednocześnie najpiękniejszy aromat, bez którego całość byłaby jednie zupełnie przeciętna i nudna.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.