„Nie…chcę żyć” – Andrzej Setman

„Wspaniała książka Andrzeja Setmana. Człowieka, którego podejście i łagodna prowokacja zmienia sposób patrzenia na wiele aspektów życia. Po tej książce możesz się spodziewać wszystkiego. I nawet nie wiesz w którym momencie wciągnie Cię do tego stopnia, że uśmiechając się lub mając wypieki na twarzy lub łzy w oczach, nie spostrzeżesz jak bardzo można inaczej, a to już się stało.
Andrzej zabiera Cię na Maltę, na wyspę Santorini, na Kilimandżaro. Malując przed oczami najpiękniejsze widoki, snuje opowieść o człowieku, któremu świat chwilowo zawalił się na głowę, a mimo to pełen jest ciepła, dobra i chęci pomagania innym.
I książka ta to oczywiście tylko pretekst, by dać Ci możliwość popatrzenia głębiej na to co kryje się w ludzkich głowach…”

O ile „Bella”, pierwsza przeczytana przeze mnie książka autora, mnie totalnie zachwyciła, o tyle z tą już tak nie było.
Szczerze? Gdzieś do połowy lektury było jak dla mnie tylko tak sobie. Czytało się fajnie i całkiem przyjemnie, ale mimo to zalatywało mi nieco swego rodzaju przemądrzalstwem głównego bohatera /narratora, choć jest mi nawet trudno tu podać jakieś konkrety. Ot, takie po prostu było moje całkiem subiektywne odczucie.
Są jeszcze inne minusy. Jak najbardziej doceniam poczucie humoru autora, ale niektóre porównania, które w zamiarze miały być pewnie śmieszne, śmiesznymi jak dla mnie wcale nie były. Zwyczajnie nie lubię porównań, które sugerują z góry wartościowanie, zwłaszcza wobec innych. Nieważne czy ci inni są spotkanymi ludźmi na naszej życiowej drodze, czy jedynie jakimiś tam drugoplanowymi bohaterami w książce. Dla mnie świat nie jest jedynie bialy i czarny, ma tysiące barw. I tak samo ludzie nie są nigdy jedynie źli czy podli, albo jedynie super idealni. Nikt nie jest tylko taki jak wydaje się być na powierzchni.
Kolejny minus w książce to niestety pojawiające się nieścisłości. Główny bohater w jednym miejscu opowiada że nie ma dzieci, potem opowiada, iż ma córkę i są dla siebie przyjaciółmi, potem znowu płacze, że nikt mu nie powie już „tato”.  Albo kupuje trzy delfinki, a potem zamiast delfinków nagle są trzy słoniki. Albo pisze że żałuje, iż w pewnym momencie nie nagrał rozmowy na dyktafon, a potem mówi, że przesłuchiwał akurat tę rozmowę wiele razy. Ot, takie małe potknięcia, nieścisłości, może i mało wazne dla ogólnej treści, ale jednak zwraca się na nie uwagę. I po prostu w dobrej książce nie powinno ich być.

No, to tyle narzekania.
A teraz plusy. Bo oczywiście książka je ma. Gdzieś tak od połowy serwuje całkiem sporą dawkę naprawdę cennych życiowo lekcji. Takie rzeczy, o których nie każdy wie, ale które każdego – gdyby je stosować w życiu – uczyniłyby szczęśliwszym. I jest to przekazane tak fajnie, ciepło, tak po prostu, tak od serca. Dziękuje autorowi za ta mądrość (tak ładnie przekazana przy pomocy Arnolda i Babci Oli), bo to te momenty są kwintestencją tej książki. Nawet jeśli nauki te nie są dla mnie nowe, to ciągle tak samo pięknie i dobrze było je na nowo sobie przypomnieć. Dzięki tym momentom cała ta powieść nabrała blasku. I nawet wszystkie prędzej przeze mnie wyliczone minusy straciły na znaczeniu, bo tak naprawdę liczy się to, co pomaga nam żyć, pomaga być szczęśliwszym, to co jest wyrazem Miłości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.