„Kłamczucha” – Małgorzata Musierowicz

“Aniela Kowalik nie była pięknością. Miała wszak dużo tego, co się nazywa urokiem osobistym.I ta właśnie Anielka przeżyła wielką miłość. Nad morzem, w swej rodzinnej Łebie, poznała chłopaka, który wprawdzie nie bardzo spodobał się ojcu Anielki, za to bardzo jej samej. To dla niego wybrała poznańską szkołę średnią, liceum poligraficzno księgarskie. I dla niego przyjechała do obcego prawie miasta.”

Nie pamiętam jakie były moje wrażenia kiedy czytałam tę książkę po raz pierwszy, a więc dwadzieścia z grubym hakiem lat temu. Ale teraz było całkiem ciekawie. Główna bohaterka przez cały czas tak mnie irytowała, że musiałam sobie robić co kilkadziesiąt stron przerwę, by od niej odpocząć. Chyba jestem zbyt mało tolerancyjna dla notorycznych kłamców, nawet jeśli mają oni tylko piętnaście lat i są jedynie bohaterami powieści. Perełką na moje nerwy tym bardziej było wielkie oburzenie i foch Anielki kiedy sama została okłamana. Miałam aż ochotę ją porządnie palnąć w tę nadętą główkę, tak dla opamiętania.
Na szczęście inni bohaterowie zadbali o to, bym jednak czytała tę książkę z uśmiechem. Małe Mamerciątka i stara ciotka Lila całkowicie podbili moje serce. Mamerciątka dlatego że były mądre, zabawne i niezwykle rezolutne, a przy tym z wielkimi serduszkami. A ciotka za to, że malowała. Wszystkie inne jej zalety schodzą jak dla mnie na drugi plan wobec tego jej zamiłowania do pędzli, farb i obrazów. Lojalność pasjonatów malowania musi być, a co.
A tak całkiem poważnie to książka oczywiście była sympatyczna i wielkim jej plusem jest właśnie to, iż potrafiła wzbudzić we mnie takie emocje. Dzięki temu nie nudziała mnie nawet przez pół stroniczki, mimo że generalnie nie należy ona do lektur, w których się lubuję.
Jednym słowem mogę sobie spokojnie nadal odświeżać „Jeżycjadę”, na pewno nie pożałuję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.