mój Bóg i ja

Właściwie nie chciałam o tym pisać, bo to bardzo dla mnie intymny temat. Bo łatwiej jest mi pisać np o seksie niż o moich relacjach z Bogiem. Jednakże myślę sobie, że jednak jest sens, by się tym z wami podzielić. Bo być może dla kogoś to będzie ważne. Dzielę się tym z wami, bo być może komuś w czymś to pomoże.
I wreszcie dlatego, że nie wstydzę się tego.

Z góry uprzedzam, że jest to dla mnie bardzo osobista notka. Nie chcę by ktoś odbierał to jako narzucanie moich poglądów czy nie szanowanie czyiś. Nie. To moje osobiste doświadczenie. I tak proszę to odbierać. Nie mam zamiaru obrażać niczyich uczuć religijnych.

Wcale nie łatwo mi się pisze. Bo łatwiej się opowiada o ludzkich związkach, niż o związku z Bogiem.
Nie lubię słowa Bóg. Nie lubię, bo mi się bardzo źle kojarzy.

Wychowana byłam tak jak większość z was, w katolickiej rodzinie. Nauczono mnie co niedzielę chodzić do kościoła i modlić się co wieczór przed zaśnęciem.
I przez wiele, wiele lat swojego życia robiłam to.
Chodziłam do kościoła, chodziłam na pielgrzymki, chodziłam do spowiedzi i przyjmowalam komunię.
Modliłam się, choć właściwie jak dzisiaj o tym myślę, to modlitwą to żadną nie było. Wymawiałam słowa, które mnie nauczono, a które dla mnie były niezrozumiałe. Nie miały prawdziwego znaczenia. Bo nie wyrażały tego co naprawdę myślałam, ani tego co czułam.
„Ojcze nasz”, „Zdrowaś Mario”, „Aniele Boży” i „Wieczny odpoczynek”. Zawsze w tej kolejności.
Gdy byłam małą dziewczynką klękałam przy łóżku i wypowiadałam te modlitwy z szacunkiem.
Gdy byłam już dużą dziewczynką leżałam w łóżku i tylko zwyczajnie je myślałam. Ale do modlitewnych myśli wkradały się inne. Wkradały się te o Bogu.
„… i odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”.
Najpóźniej przy tych słowach nie mogłam wytrzymać, wszystko się we mnie buntowało.

No, myślałam sobie, nie ma dziwne, że świat jest taki popierdolony, skoro Bóg jest na nasze podobieństwo, a nie my na podobieństwo jego.

Możliwe, że Biblia jest dla kogoś świętą księgą. Możliwe, że religia jest dla kogoś drogą do Boga. Dla mnie obie stały się czymś, co mnie od Boga całkowiecie odgrodziło.
Bo co to za Bóg, ten z Biblii? Z jednej strony uczy się nas, że jest Bogiem sprawiedliwym, miłosiernym, a z drugiej postępuje On jak zwyczajny kat bez serca. Te wszystkie historie o potopie, o wyjściu Żydów z Egiptu, o królu Dawidzie, o zbawieniu – gdzie tu jest Miłość o jakiej później napisał św. Paweł?

„…Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie dopuszcza się bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje…”

Gdzie w tym wszystkim jest miłość Boga?
Bóg, który rości sobie miano Boga miłosiernego, a w rzeczywistości nie zna słowa wybaczenie.
Bóg, który nie unosi się pychą, ale wymaga by przed nim padano na kolana, by go wielbiono, by składano mu hołdy.
Bóg, który rości sobie miano Boga jedynego, a bywa zazdrosny o innych bogów, których niby wcale nie ma.
Bóg, który naucza o miłosierdziu, a zsyła potopy, topi w morzu Egipcjan, powoduje inne plagi, uśmierca tysiące ludzi tylko dlatego, że zwyczajnie … byli ludźmi.
Bóg, który niby daje nam wolną wolę, ale daje też prawo, które całkowicie te wolną wolę wyklucza. Bo co to za wolna wola? Jeśli uczynisz coś przeciw Bogu, jesteś winny. Jesteś potępiony.

Im więcej o tym myślałam, tym bardziej Bóg wydawał mi się być paranoidalnym psychopatą z przerośniętym ego. I jeszcze te brednie o zbawieniu. Że niby tak nas ukochał, iż postanowił syna swojego jedynego poświęcić, by dać nam szansę na zbawienie. Cóż? Nie wiedziałam, że z Miłości trzeba poświecać swoje dziecko. Czyż nie prostsze byłoby zwyczajne wybaczenie? Ale nie. Bo ofiarowanie swego syna było całkiem sprytnym posunięciem, by nas jeszcze bardziej zmanipulować. By wpędzić nas w jeszcze większe poczucie winy. Tak, ty jesteś winny, że mój ukochany syn musiał umrzeć za ciebie na krzyżu.
Cóż za wielkie miłosierdzie!

O nie, biblijny Bóg nie jest zadnym miłosiernym Bogiem. To Bóg, który unosi się gniewem, unosi się pychą, jest wyniosły, zazdrosny, niesprawiedliwy i mściwy.
Nie chciałam mieć z takim zakłamanym Bogiem nic do czynienia.
Bo Bóg wydawał mi się gorszy od samego diabła.

Przestałam więc chodzić do kościoła, przestałam chodzić na pielgrzymki, przestałam chodzić do spowiedzi i przyjmować komunię. Mój kontakt z Bogiem całkowiecie sie urwał.
Tak mi się wydawało…

Tak naprawdę mój kontakt z Bogiem dopiero się zaczynał. W momencie, gdy odrzuciłam wszystko to, co mnie o Bogu nauczyła religia i inni, stałam się gotowa do tego, by móc usłyszeć co o sobie ma mi On sam do powiedzenia.

Bóg kroczył sobie cały czas przy mnie czekając na okazję, kiedy wreszcie będę chciala go usłyszeć.
Bo dopóki myślałam, iż przemawia do mnie jedynie poprzez Biblię, dopóty byłam kompletnie ślepa i głucha na Jego głos.

Byłam w księgarni. I wtedy „przypadkiem” wpadła mi w ręce pierwsza książka, która zmieniła moje życie. No, jeśli wierzyć w przypadki. Regały i stoły z książkami w księgarni stały ciasno jedne przy drugich. Było dużo ludzi i mało miejsca. Przeciskając się, zrzuciłam stos książek ustawionych na krawędzi jednego ze stołu. Schyliłam się by je pozbierać.
„Bóg na Harleyu” – przeczytałam na okładce. Myślicie, że wtedy sama od siebie sięgnęłabym po taką książkę? Już to jedno słowo „Bóg” w tytule wystarczyło, by skutecznie mnie do niej zniechęcić. Zatem bóg musiał mi ją podsunąć pod sam nos, bym zechciała na nią popatrzeć.

Pozbierałam pozrzucane książki z podłogi. Zanim jednak całkowicie je odłożyłam na blat stołu, gdzie było ich miejsce, zdążyłam przeczytać te kilka słów na tylniej stronie okładki:
„Uśmiechnął się wyrozumiale.
– Znam twoje zdanie na temat religii i przyznaję, że w dużej mierze to ja zawiniłem…”
Hyyy????
Nie wiem co to było. Impuls. Ale ja wtedy, w tej jednej sekundzie pomyślałam, że to mówi ktoś do mnie.
Kupiłam tę książkę. Cieniutką książeczkę, powiastkę właściwie. I już wychodząc z księgarni wsadziłam w nią swój nos i naprawdę zaczęłam czytać.

Przede wszystkim Bóg mi powiedział, że wcale nie muszę nazywać go Bogiem, skoro to słowo tak mi się źle kojarzy. Z radością przyjęłam tę propozycję. Dzięki temu mogłam całkowiecie odrzucić wszystkie negatywne skojarzenia. I mogłam otworzyć swoje serce na to, co miał mi do powiedzenia.

Pamiętam, że nie doszłam do domu. Siedziałam na jakieś ławce, czytałam tę książkę i chłonęłam te słowa z taką wdzięcznością, jakbym dostała szklankę źródlanej wody wędrując na pustyni. I co gorsza, ryczałam przy tym jak jakaś stuknięta. Moja dusza po bardzo długim czasie wreszcie na nowo odżywała.

Nie potrafię wam powiedzieć co się we mnie działo, ale działo się bardzo dużo. Ta jedna niepozorna książeczka wystarczyła, bym wreszcie całą sobą pokochała boga. Widzicie, napisałam boga. Napisalam małą literą. On wcale nie wymaga ode mnie bym mówiła do niego Bóg. On wcale nie wymaga bym mówiła bóg. Ustaliliśmy sobie jak mam go nazywać na własny użytek, byśmy się mogli doskonale porozumieć. I od tej pory bóg stał się po raz pierwszy moim towarzyszem.
Nie musiałam się już do niego modlić. Nie musiałam klękać przed nim, ani składać ręce w pokorze. Mogłam z nim rozmawiać kiedy tylko chciałam i o czym tylko chciałam. Nawet siedząc na kiblu i nawet o masturbowaniu.
Cóż za bluźnierstwo, nieprawdaż?

Hahaha, paradoksalnie właśnie te „bluźnierstwo” otworzyło mi serce. Pozwoliło mi nauczyć się kochać. Pomagało mi w każdej sekundzie mojego życia i odpowiadało na każde moje wołanie.
Na tysiące przeróżnych sposobów, bóg odpowiadał.

Gdy byłam gotowa na to, by pojąć więcej, znowu „przypadkiem” podrzucił (dosłownie!) mi w księgarni kolejne książki. Tym razem były to „Rozmowy z Bogiem”. Już się nie dziwiłam, gdy akurat taki tytuł ujrzałam na książkach, które znowu niechcąco strąciłam z regału.
„Ooo – pomyślałam do Niego. – Chcesz mi powiedzieć, że to powinnam przeczytać?”.
Dosłownie słyszałam jak chichocze mi do ucha. I oczywiście kupiłam owe „Rozmowy z Bogiem” tomów trzy. I „Przyjaźń z Bogiem” i „Wspólnotę z Bogiem”. I to były kolejne książki, które jeszcze bardziej odmieniły moje życie.

Od tego czasu przeczytałam je kilka razy.
Od tego czasu wszystko się zmieniło.
Dziś wiem, że żaden Bóg mnie nigdy nie osądzi.
Że nie ma żadnego grzechu.
Że jedynym grzechem jest wierzyć w to, iż jestem grzeszna.
Dziś wiem, że Bóg mnie nie potępia za moje „złe” czyny, bowiem dając mi swobodę w wyrażaniu siebie dał mi prawdziwą wolność. To nie kwestia praw, nakazów czy zakazów jest miernikiem tego jak mam postępować i jak postępuję. To kwestia mojego osobistego wyboru, wyboru z Miłości. Lub też z braku Miłości. I Bóg ten wybór akceptuje.
Dziś wiem, że nie muszę Boga czcić. A mogę go zwyczajnie całą sobą kochać i że nie ma w tym nic złego.
On mnie kocha.
I nigdy mnie nie opuszcza. Nawet jeśli ja nie zawsze o nim pamiętam, On i tak jest tuż obok, na odległość szeptu.
Nię muszę Go przepraszać za to, że czasem uciekam. Nie muszę czuć się winna. Ale mogę zwyczajnie się za każdym razem cieszyć z nowego kontaktu. Tak jak On się cieszy.
Dziś wiem, że jestem nie tylko Jego cząstką, ale jestem Nim. Tak jak i On jest mną.
Nie zawsze naprawdę sobie to uświadamiam, ale ta myśl nie wzbudza wreszcie moich protestów (w stylu: „co za pycha, co za bluźnierstwo”).
Dziś wiem co oznacza iść przez życie i nie czuć się nigdy samotnie. Codziennie, na tysiące sposobów On daje mi dowody swojej Miłości do mnie. Obdarza mnie darami na tyle, na ile jestem gotowa je przyjąć. Codziennie trochę bardziej jest bliższym mi Przyjacielem. Codziennie, trochę bardziej jesteśmy Jednym.

A wszystko zaczęło się od tej niewinnej małej książeczki „Bóg na harleyu”. No cóż, bo prawdziowy Bóg naprawdę jeździ czasem na harleyu i robi kupę zwariowanych rzeczy, o kórych w życiu byście Boga nie podejrzewali.

Życzę Wam wszystkim, tym którzy chcą, byście i Wy odnaleźli Waszego Boga.
Tego, który jest przy Was na odległość szeptu. Tego, który Was kocha takimi jacy jesteście. Tego, który chce i byście Wy się takimi kochali. Tego, przed którym nie trzeba klękać, a można zakląć albo dłubać w nosie.
Tego, który Was nie potępi, ani nie osądzi, a łagodnie nauczy czym jest Miłość.
Tego, przy którym Wasze serce będzie chciało śpiewać, Wasza dusza tańczyć.
Tego, który otrze Wam z oczu każdą łzę, przytuli i wywoła uśmiech.
Bo Bóg naprawdę ma poczucie humoru.
I naprawdę jest zajebistym gościem.
I naprawdę  cudownie jest Go kochać.
Bo to oznacza kochać prawdziwie siebie.
Bo to wy nim jesteście. A on jest wami.

————-

PS. Ten wpis nie ma na celu, by namówić was do przeczytania którejkolwiek ze wspomnianych książek. Pamiętam, że swego czasu chciałam się nimi dzielić. Bo wydawało mi się, że byłoby cudownie gdyby jak najwięcej ludziom udało się odkryć to, co ja odryłam. Chciałam się podzielić te całą Miłością, które te książki sobą niosą. Ale nie wzięłam pod uwagę, iż nie każdy jest na to gotowy. Podarowałam „Boga na harleyu” koleżance, ale się okazało, iż odebrała tę książkę właśnie jako bluźnierczą. Była wręcz urażona, iż taki prezent jej podarowałam. A ja byłam rozczarowana, że ona kompletnie nie zrozumiała o co tam chodziło.
To było kiedyś.

Dziś wiem, że każdy ma swój rytm i swoją drogę do Boga. Moja nie jest lepsza czy gorsza. Jest po prostu jedną z wielu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.