nowy początek

Tak dawno nie pisałam tu (ani nigdzie indziej) czegoś takiego mojego, że właściwie teraz, kiedy to robię, można by uznać, iż to swego rodzaju nowy początek. Określenie tym trafniejsze, że jak pomyślę o tej mnie sprzed powiedzmy kilku miesięcy, a tej mnie z dziś, to naprawdę widzę wielką różnicę. No dobra, nie znowu taką wielką, bo nadal ważę ponad sto kilo, nadal mam siwe odrosty i nadal reumatyzm napierdziela mi w kolanie, ale przynajmniej wewnętrznie wypiękniałam i odmłodniałam. Ja to wiem.

W sumie to obudziłam się dziś w nocy i różne mądre myśli pojawiały mi się w głowie, albo raczej przepływały przez nią tak, jakby mi ktoś czytał z jakieś mądrej księgi. I miałam wrażenie oczywiście, że to nie jakiś tam nieokreślony ktoś, ale ja we własnej osobie albo raczej moja duszyczka kochana. No szkoda tylko, że moje ciało o 3-ciej w nocy okazało się być zbyt rozleniwione bym wstała i sobie to wszystko zapisała. Tym samym uleciało mi większość z owej wspaniałej nocnej błyskotliwości i pamiętam jedynie jakieś mgliste resztki. Ale najważniejsze gdzieś tam mi się zakodowało. I po pierwsze, wiem że każdy nawet najmniejszy kroczek jest jak kolejny kamyczek, który uruchamia lawinę. Znaczy jeśli chcę wielkich, spektakularnych zmian (a chcę), to zacząć mogę choćby od tych najmniejszych. Ważne by się naprawdę do nich stawić. I wytrwać. Wytrwać tak długo, aż utworzą nowe synapsy w moim mózgu, staną się nowym przyzwyczajeniem, nowym fajnym moim ja. Po drugie, idę kupić dziś ładny zeszyt. Koniecznie w grubej twardej okładce. Po co mi? Chcę znowu porozmawiać sobie z Bogiem (postępy: napisałam ten wyraz dużą literą), albo z Joe, albo z moją Duszą. Właściwie nie ma znaczenia jak to nazwać. Ważne, że potrzebuję. Chcę. Cieszę się na to nowe ponowne spotkanie.

wielepoziomowo ale jednocześnie

Byłam w jakimś budynku, który stanowił sam w sobie swego rodzaju ogromną, dziwną krainę. Był wielopoziomowy, zbudowany nie jak współczesne budynki, gdzie każde piętro stanowi jeden wyraźny poziom, tylko trochę przypominał ogromny,  dziwny zamek z jakieś bajki. Piętra w nim czasem miały jakby pomieszczenia opuszczone jakby w przestrzeń między piętrami.  Były miejsca, które stanowiły jakby przejście albo coś pomiędzy jednym poziomem a innym. Ściany były miejscami okrągłe, czasem proste, zbudowane miejscami z białej cegly, czasem z ciemnego drzewa. Całość była ogromna, z mnóstwem komnat, pomieszczeń, szerokich korytarzy, ale i wąskich, krótkich przejść. Były wieżyczki i piwnice. Mimo tego pogmatwania i pozornego chaosu, zamek  był dość przejrzysty, panowało w nim dużo światła i przestrzeni.
Ja sama w śnie przemieszczałam się jedynie na jakiś 2 – 3 poziomach, ale miałam cały czas świadomość tego, że budynek ten jest o wiele, wiele większy. I że wiele pięter znajduje się zarówno pode mną jak i nade mną
 
W owym budynku oprócz mnie znajdowali się swego rodzaju rycerze. Chociaż to nie jest odpowiednie słowo. No dobra, to nie jest w ogóle odpowiednie słowo dla tych postaci, które mi w śnie towarzyszyły. Ale spróbuję opisać. Najważniejsze jest to, że wiedziałam w śnie, że są to postacie męskie. Wyglądali z sylwetki jak ludzie, ale nie wiem czy byli ludźmi czy może duchami, czy innymi kosmitami. Nie widziałam ich twarzy. Wszyscy byli bardzo wysocy i bardzo szybko się poruszali. Nie chodzili normalnie, raczej tak jakby się przesuwali w powietrzu, jakby sunęli tuż nad ziemią. Czasem jeździli na wierzchowcach, chociaż te ich konie też nie do końca przypominały prawdziwe konie. No i mieli na sobie dziwne kostiumy. Coś w rodzaju zbroi (dlatego skojarzyli mi się z rycerzami), chociaż była ona nie jak z metalu, a czegoś bardzo elastycznego. Tak jakby z jednej strony była swego rodzaju pancerzem ochronnym, a z drugiej jakby stanowiła wręcz cześć ich samych, jakby była drugą skórą. Te zbroje na nich były koloru czarnego lub ciemnej szarości z metalowym połyskiem. Do tego mieli przyczepione jasne peleryny. Wszystkie te męskie postacie pojawiały się jakby w tle, nie wchodząc ze mną w bezpośrednie interakcje. Jednak przez cały czas miałam wrażenie,  że po pierwsze oni mnie chronią, są gwarancją mojego bezpieczeństwa. A po drugie, nawet jeśli żadnego nie było w pobliżu, to wiedziałam, że są w pobliżu, tzn cały czas czułam ich obecność – taką obecność, która czuwa. I to czuwa też po to, by mnie chronić. Przed czym? Nie mam pojęcia. Ja sama w tym śnie ani razu nie czułam się być w jakimś zagrożeniu. Wręcz przeciwnie, miałam poczucie swobody, wolności i dużej przestrzeni.
 
W pewnym momencie snu zwiedzając, czy raczej odkrywając różne zakamarki, komnaty, korytarze i przejścia w tej cześci budynku, po której się poruszałam, odkryłam wielkie, szerokie, drewniane wrota prowadzące na zewnątrz. Bardzo mnie zaciekawiły. Otwarłam je i zobaczyłam coś w rodzaju podwórka. Na nim znajdowała się jakaś starsza kobieta, ubrana jak na filmach o średniowieczu. Robiła coś pochylając się nad wielkim drewnianym naczyniem. Mogła by być np praczką, ale równie dobrze ubijać masło (tak o niej pomyślałam). Spojrzała na mnie, nic nie mówiac, ale miałam wrażenie że ona pilnuje bym nie wyszła niepostrzeżenie z zamku. Tzn nie miała mocy by mnie zatrzymać. Nie takie było jej zadanie zresztą, ale miała po prostu wiedzieć kiedy będę chciała wyjść. Kiedy ją zauważyłam i zdałam sobie sprawę od razu, że jest ona taką swego rodzaju tajną wartowniczką, wycofałam się do korytarza. Od razu jednak pojawili się na koniach rycerze. Nic nie mówiąc, przejechali obok mnie, tak jakby mi chceili pokazać, że są obok i wiedzą co zamierzam.
Te wrota na zewnątrz jednak nadal bardzo mnie kuszą. Postanawiam, że chcę odkryć co znajduje się dalej, za podwórkiem .
 
W tym momencie kiedy to postanawiam dzieje się coś bardzo, bardzo dziwnego. Korytarz, na którym stoję jakby się rozdwaja na dwa korytarze, na końcu których widać bramę, czyli w zasadzie są już też 2 bramy. A ja stoję JEDNOCZEŚNIE w obu tych korytarzach. Idę znowu do tej bramy i wyglądam na zewnątrz. Za jedną bramą widzę znowu podwórko, druga natomiast jest wejściem do jakieś kuchni. Postanawiam już definitywnie wyjść na zewnątrz. Ale jednocześnie uświadamiam sobie, że ja sama jestem jakby rozdwojona.
Nigdy prędzej nie przyśnilo mi się coś takiego. Oto w śnie jestem jakby w dwu mnie JEDNOCZEŚNIE. I – również jednocześnie- widzę te obie mnie jakby z zewnątrz. O dziwo, nie wiadomo skąd pojawiają się także dwa biale wierzchowce, właściwie nie całkiem białe, tylko takie nakrapiane siwki. I ja nagle na nich już siedzę. Siedzę w dwu ciałach na dwu koniach zwrócona twarzą do ich tyłków. Te konie wyglądają identycznie. Ja natomiast widzę, iż jedna ja mam zupełnie czarną twarz, tak jakby była pomalowana czarną farbą. A druga ja mam twarz białą, jak pomalowaną na biało. I mam to niesamowite poczucie, że jestem w obu tych mnie jednocześnie, mimo że są to zupełnie dwa odrębne ciała. A jednak robimy wszystko to samo, myślimy jakby razem, rozumiemy się bez słów, nawet bez myśli, bo ja jestem oboma mnie.
Fascynuje mnie to, a jednocześnie nieco przeraża. Bardziej zadziwia.
Czuję przypływ ogromnej siły.
 
Pojawiają się wokól mnie ci rycerze, te męskie postacie. Pędza na swoich rumakach zataczając wokół mnie koła, tak jakby mnie przyjmowali do swego grona. Nadal nic nie mówią, ale są blisko i po raz pierwszy nie mam poczucia, że mnie chronią, ale że mnie PRZYJMUJĄ. Krążą tak wokół mnie na tych koniach z ogromną szybkością. I z każdym okrążeniem czuję bardziej przynależność do nich. Nadal wszyscy znajdujemy się wewnątrz zamku, jakby w jednym szerokim korytarzu. Po czym oni nagle odjeżdżają w głąb zamku. Ja w swoich obu ciałach i na obu moich wierzchowcach jadę za nimi. Już nie interesuje mnie to, co jest na zewnątrz, teraz interesuje mnie by poznać i odkryć cały zamek. Odjeżdżam za nimi jako ja w DWU postaciach, jednej z czarną, a drugiej z białą twarzą. Jestem nimi jednocześnie i chociaż czuję się bardzo, bardzo dziwnie z tym, to czuje się też szczęśliwa i bardzo silna
 
Dalsza część snu jest taka, że budzę się, nie w rzeczywistości tylko jakby nadal w śnie. Budzę się z płaczem (ale nie strachem). Jeszcze nie wiem tak do końca, że się budzę, tylko czuję, że przytula mnie i próbuje uspoić Michał – który chyba spał ze mną w jednym łóżku. No więc ja budzę się ze snu, nadal w śnie, z tym płaczem, on mnie przytula i uspokaja i wtedy widzę nas jakby z góry. I widzę również, że ten PŁACZ mój ma kolor kobaltowy, a jego PRZYTULANIE I USPOKAJANIE MNIE nieco ciemniejszy odcień, jeszcze nie granat już nie kobalt. I oglądam nas z góry jakby zanurzonych w takim świetle kobaltowo-szafirowowym i się bardzo dziwię temu, że płacz ma kolor, przytulanie ma kolor. A jednocześnie wcale się nie dziwię i wydaje mi się to być zupełnie naturalne. I fascynuje mnie to bardzo.
I kiedy nad tym myślę (nadal w śnie) i przypominam sobie również ten wcześniejszy sen (czyli sen w śnie), o tym, że byłam mną z czarną twarzą i z białą twarzą, to chcę być nadal jednocześnie tam i tam i jeszcze tu, w objęciach Michała z tymi kobaltami i szafirami i także tu, wisząc pod sufitem i oglądając nas z góry. I wtedy on, Michał mi mówi  – choć nie wiem czy on mi to mówi, czy to może ja sama, bo nie do końca wiem gdzie zaczyna się on, a gdzie ja, ale kiedy mnie przytula mam wrażenie, że to jednak on – w każdym razie mówi mi, że wszystko JEST JEDNOCZEŚNIE.
No i to jest dla mnie niepokojące bardzo i fascunjące zarazem.
I wtedy się obudziałam naprawdę.

„Nasiona Chia. Aztecki sekret zdrowia” – Barbara Simonsohn

„Książka opisuje bombę witaminową, która zawiera pełną gamę przeciwutleniaczy, składników mineralnych, białek, błonnika oraz kwasów tłuszczowych Omega-6 i Omega-3. Dowiesz się z niej, jak z pomocą nasion chia wzmocnić układ odpornościowy, zapobiec chorobom układu krążenia i skutecznie zrzucić wagę. Dzięki nim zabezpieczysz się też przed nowotworami, stanami zapalnymi i cukrzycą. Poznasz również 111 przepisów na pyszne i zdrowe potrawy. Jest to lektura obowiązkowa zarówno dla profesjonalnych sportowców, jak i wszystkich osób świadomych tego, co jedzą. Tym bardziej, że opisywane w niej nasiona wzmacniają nie tylko ciało, ale i umysł, zwiększają możliwości ludzkiego mózgu i zapobiegają syndromowi wypalenia. Nasiona chia – Twój sposób na zdrowie!”

Może nie jest to książka, którą by się czytało z zapartym tchem, jednak z całą pewnością jest skarbnicą wiedzy o cudownych nasionkach chia. Co tu dużo gadać, chia to taki niesamowity skarb natury, oferujący nam tak wielkie bogactwo różnych dobrych składników potrzebnych naszemu organizmowi, że wręcz głupotą by było z tego nie korzystać.
Czytałam tę książkę dość długo, bo też nie jest to powieść sensacyjna. Od pierwszego dnia lektury włączyłam jednak ziarneka chia do mojej diety i już po tych zaledwie 3 tygodniach odczuwam różnice w pozytywnym kierunku. Mniej podjadam między posiłkami, mam więcej energii, ogólnie czuję się o wiele lepiej niż miesiąc temu. Jednym słowem rewelacja.

Tym samym uważam książkę za naprawdę bardzo dobrą. Bo jeśli dzięki niej więcej osób sięgać będzie po cudowne nasionka chia, a co za tym idzie poprawi swoje samopuczie i zdrowie, to czyż może być coś lepszego?

Jak najbardziej polecam!

„Zrozumieć mężczyznę” – Renata Dziurdzikowska, Benedykt Peczko

„Oto inspirujący dialog mądrej kobiety i mądrego mężczyzny. Ich rozmowy uchylają rąbka tajemnicy wewnętrznego świata mężczyzny. Ten obszerny krajobraz obejmuje zarówno kwestie relacji z samym sobą, z ojcem i matką, z życiowymi partnerkami, z dziećmi. Dotyka sfery pracy, zdrowia, seksualności i życiowego spełnienia. Autorzy z wdziękiem, humorem i dojrzałością odkrywają wyzwania stojące przed mężczyznami w różnym wieku oraz pokazują możliwości rozwoju i radzenia sobie w różnych sytuacjach.
Mówi się, że współczesny świat zdominowany jest przez mężczyzn i przez męskie podejście do wielu kluczowych spraw, zaś kobiety muszą domagać się należnej im pozycji – i w dużej mierze taka jest prawda. Ale prawdą jest też, że mężczyzna JEST wrażliwy, czuje, myśli i ma swój bogaty wewnętrzny świat, o którym – z racji wychowania, tradycji czy przyjętych norm – często nie potrafi lub nie chce mówić.
Tak czy owak lektura tej książki przyda się i kobietom i mężczyznom. Kobietom, aby zrozumiały, że ON poza siłą i kamienną twarzą ma też emocje, przemyślenia, lęki i swoje własne niepewności, choć rzadko się nimi dzieli. Natomiast mężczyźni – mamy taką nadzieję – czytając o sobie, odczują ulgę, że w końcu ktoś wie, ktoś rozumie, a wyrażenie tego i bycie wysłuchanym czy zrozumianym, jest możliwe. A może wtedy będzie łatwiej żyć, być razem, kiedy ona na siłę nie pyta, nie domaga się, a on mówi tyle ile potrzebuje, spokojny, że i tak jest zrozumiany.”

Od ponad dwudziestu lat jestem mężatką, mam dwóch dorosłych synów, kilku męskich przyjaciół, a i tak męźczyźni wciąż mnie zaskakują i są tajemnicą. No więc kiedy przybyła ta książka do mnie w postaci prezentu, pomyślalam, że to dobry znak i od razu zabrałam sie za czytanie. I jak moje wrażenia?
Ksiażka ta to bardzo ciekawe i niezwykle mądre rozmowy nie tylko o facetach, ale o życiu i nawet o śmierci. Dają do myślenia, ale też w jakiś sposób uczą, wzbogacają wewnętrznie. No i bardzo przyjemnie się czyta. Z wielką chęcią sięgnę zatem po kolejną część, bo fajnych lektur nigdy nie jest za wiele.

moja galeria – Kocham cię zawsze

Te dwa obrazy namalowałam dla Miry. Bo to było jej spotkanie z Orłem. Długo się Mireczka naczekać musiała, bo chociaż od tylu miesięcy wiedziałam co mam namalować, to nie do końca czułam. Ale nic nie dzieje się przypadkiem…
Teraz stało się najpiękniejszym momentem dla tego obrazu.

„Kocham cię zawsze” (2018), akryl na płótnie, 50 x 80 x 3 cm

Kocham cię zawsze.

„Spotkanie z Duszą”, (2018) akryl na płótnie, 70 x 50 x 3 cm

moja galeria – Sroka

Sroka… Tak jakoś sie pchała i pchała i chociaż zaczynając malując obraz, tło najpierw, jeszcze w ogóle nie wiedziałam co pojawi się potem, to jednak sroczka się upomniała o uwagę.

„Sroka” (2018), akryl na plótnie, 50 x 70 cm

Przeczytałam sobie dziś, co jakiś czas temu napisałam o mocy sroki i zadziwłam sie jak bardzo to się wpasowało do wczorajszej lekcji o wdzięczności (robię akurat kurs u Ewelinki Stepnickiej i jest tam taka lekcja).
Dla mnie sroka to taki ptak, który bardzo fajnie symbolizuje naszą dusze. Mam na myśli to, że każdy z nas zna przecież sroki, bo żyją tak blisko nas i aby je spotkać nie trzeba się udawać na jakieś specjalne łono natury. A mimo to, chociaż spotyka się je na codzień, nie zawsze dostrzega ich piękno, ich cudowność, ich niezwykłą mądrość. Sroki wrzeszczą za oknem i czasem ich skrzek wręcz denerwuje. A to prawie tak samo jak nasza dusza, która woła i woła do nas, a my czasem jak te dupki, nie chcemy jej słuchać. No i te biało czarne piórka. Tak naprawdę to tylko sie wydaje, że sroki sa biało-czarne. Bo jeśli się im uważnie przyjrzymy, to zobaczymy, że ich czarne piórka mienią się opalizująco na szmaragdowo czy szafirowo. Czyż nie jest dokładnie tak samo w tych naszych cierpieniach, trudnościach i tym wszystkim co postrzegamy jako ciemne strony życia. Tam też kryją sie takie szmaragdowo -szafirowe skarby.

„Sekrety roślin i zwierząt w miejskiej dżungli” – Nathanael Johnson

 „Sekrety roślin i zwierząt w miejskiej dżungli uchylają rąbka tajemnicy z życia zwierząt i roślin, które znajdziesz na pobliskim skwerze, w parku czy przy drodze do pracy. Lupa, lornetka i przewodnik – tylko tyle potrzeba, aby poznać fascynujący świat miejskiej przyrody. Każdy z bohaterów książki odkrywa nie tylko własną historię, ale ukazuje również prawdziwe oblicze świata natury – który bywa przewrotny, czasem irytuje, ale przede wszystkim jest przepiękny.”

Zachwyciła mnie ta książka. Przeczytałam ją jakiś czas temu, ale wciąż leży na moim nocnym stoliku i wciąż sobie lubię do niej na nowo zaglądnąć. Zawsze mnie nieco irytowaly te wszystkie duchowe „mądrości” w stylu, że aby mieć prawdziwy kontakt z naturą, to trzeba gdzieś tam w nieskazitelną dzicz się udać i tam z naturą kontakt nawiązywać. Albo jak chcemy z drzewami pogadać, to koniecznie do lasu i najlepiej ze starym jakimś drzewem. No i buntowałam się w środku na te przekazy, bo wychodzilo na to, że wiekszość ludzkości w miastach żyjących, to już dupa blada, na straconej pozycji jest, a drzewa powiedzmy osiedlowe jakieś gorsze. O zwierzątkach miastowych w ogóle się nie wspominało.
Tymczasem sama mieszkam w wielkim mieście, ale to nie jest jedynie betonowa dżungla. Bo przecież codziennie rano budzą mnie śpiewy kosów, nocami słyszę słowiki. Codziennie spotykam wiewiórki, dzikie króliki biegają po trawnikach, wieczorkami spacerują jeże i w ogóle całe tabuny wszelkich zwierzątek krzyżują swoje ścieżki z moimi. Wystarczy je tylko zauważyć, z szacunkiem się im przyjrzeć i posłuchać co mają do opowiedzenia. To samo z drzewami, kwiatami, krzaczkami… Moje miasto nie jest betonową dżunglą oderwaną od natury. Moje miasto jest tak samo tętniące przyrodą jak las. Tylko nieco inaczej. I wasze miasta również.

Dlatego też ta książka nie tylko wywołała mój zachwyt, ale stała się cudowną inspiracją. Tak, tak , nabyłam lornetkę i obserwuję moje osiedlowe ptaszki. A na spacerach delektuję cykaniem świerszczy, lub smakuję kwiatki akacji czy innych smakowitości. W zasadzie robiłam to już od lat. Teraz jedynie z nieco większą świadomością i zachwytem wobec tej natury, która dla mnie tu jest.

Dzięki tej lekturze po raz pierwszy zupełnie inaczej spojrzałam na gołębie. W dodatku książka zawiera tyle fajnych ciekawostek, a wszystko napisane takim prostym zwyczajnym językiem, bez wymądrzania się i górnolotnych dyrdymałów. Po prostu kocham tę książkę!
I z całego serca wam polecam.

„Przebudzenie Lisicy” – Dora Rosłońska

„Jesteś kobietą. Stań przed sobą w prawdzie, przejrzyj się w lustrze. Niech w tej chwili nic nie przeszkadza Ci w tej rozmowie z sobą. Jesteś. Po prostu. Ta książka, to Twoje lustro. Przejrzyj się w nim i znajdź te odbicia, które chcesz zmazać. Znajdź te kryształki lodu, które chcesz wypłakać ze swoich oczu. Zaczniemy od tych najtrudniejszych odbić w lustrze, potem będzie coraz łatwiej. Spójrz ponownie, by zobaczyć wreszcie moce, które masz w sobie, w sercu i swojej kobiecej naturze. Potrafisz. Wspierają Cię w tym Zwierzęta Mocy swoją Miłością i wiarą. Możesz wszystko.”
fragment książki

Temat zwierząt mocy w połączeniu z tematem uzdrawiania kobiecości naprawdę ma wielki potencjal, więc i książka przyciąga uwagę. Niestety, nie mogę o niej napisać, że wniosła coś nowego dla mnie samej. Owszem, czytało się fajnie, bo napisana jest lekkim językiem, ale sama treść już niekoniecznie mnie zachwycała, mimo że zwierzątka mocy, na bazie których autorka snuje swoją opopwieść każde bez wyjątku zasługują na uwagę. Nie do końca tylko rozumiem dlaczego niektóre z nich przedstawione są jedynie od strony cienia, wręcz tak, jakby były ucieleśnieniem głupoty, lęków i zniewolenia, a inne jedynie od strony światła. Jaskólka – całkiem nieporadna, czarna pantera – agresywna egoistka idąca po trupach, ćma – marzy ale sie boi, sójka – to samo. Trochę lepiej wypadła foka czy pajęczyca, a np wilczyca i lisica to już tylko supermoce i supermądrość. Ktoś, kto dopiero wchodzi w temat zwierząt mocy, może mieć po tej lekturze wrażenie jakoby niektóre zwierzątka były „cool” i super, a inne już niekoniecznie. Wiem, że cała opowieść ma ukazać pewne wzory i programy do uleczenia w nas, jednak właśnie to dziwne (dla nnie) przedstawienie poszczególnych zwierząt, stoi – jak na moje odczucie – z owym uzdrawianiem programów w sprzeczności, bo samo w sobie jest pewnym programem.. No ale pomijając ten szczegół, książka jak wspomniałam wyżej ma potencjał. I jeśli poczyta się ją z otwartym sercrem i umysłem, można naprawdę odkryć małe skarby, czego wszystkim przy tej lekturze życzę.

„Minuta uważności” – Simon Parke

„Czasami tracimy kontakt ze sobą tak bardzo, że nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Do czasu, gdy nagle uświadomimy sobie, że właśnie doświadczamy czegoś bez faktycznego przeżywania tych zdarzeń. Tak jakby wszystko działo się obok nas.
Dzieje się tak, ponieważ tak wiele czasu poświęcamy na rozmyślania, co niedługo się zdarzy, spiesząc się, by wykonać kolejną rzecz, albo na rozpamiętywanie błędów z przeszłości i zadręczanie się nimi, że rzadko udaje nam się żyć chwilą obecną.
W niniejszej książce Simon Parke, za pomocą inspirujących historii oraz prostych stwierdzeń, uczy nas, jak wyraźniej spojrzeć na świat, wrócić do teraźniejszości i w niej pozostać. Ta subtelna zmiana sprawi, że w krótkim czasie uzdrowimy swoją duszę i ciało oraz wniesiemy spokój do każdej dziedziny życia, co pozwoli nam żyć swobodnie i w pełni. By to osiągnąć, wystarczy poświęcić dokładnie JEDNĄ MINUTĘ DZIENNIE na praktyki i rozważania mindfulness tak prosto i plastycznie tu opisane.
Inspirująca i praktyczna – ta książka jest dla każdego, kto chce wrócić do swojego życia – do siebie.”

Oj, zajęło mi wiele czasu przeczytanie tej książki, ale też w ogóle ostatnio jakoś czytanie zepchnięte u mnie było jedynie na kilka chwil wykradzionych nocą. Cóż mogę napisać o tym zbiorku króciutkich przypowiastek składających się na „Minutę uważności”? Z pewnością są wśród nich takie, które potrafią dotknąć jakoś naszego wnętrza i w prosty sposób nagle odkryć przed nami jakąś ważną dla nas lekcję. Jednak chyba raczej tylko wtedy, gdy sięgniemy po te opowiastki pojedyńczo, w maleńkich dozach, a nie w pakiecie. Ale chyba nawet tak powinno się czytać tę książkę, na raty, bez pośpiechu, a właśnie zatrzymując się w teraźniejszości. Wdychając i smakując chwilę….
Lektura może nie powala, ale jak dla mnie ma to „coś”. I pewnie jeszcze będę wracać do niej otwierając książkę tak na chybił trafil, by ze smaczkiem (albo i nie) uchwycić dany moment.

„Egipcjanin Sinuhe” – Mika Waltari

„Najsłynniejsza powieść historyczna Waltariego.
Sinuhe, jako królewski trepanator związany z najwybitniejszymi osobistościami epoki faraona Amenofisa IV (Echnatona), zostaje wmieszany w ówczesne wydarzenia i intrygi. Ciesząc się bezgranicznym zaufaniem władcy „doliny Nilu”, przemierza w misji Syrię, Babilonię, Kretę i kraj Hatti, przeżywa wojny i prześladowania, kocha i nienawidzi, by wreszcie u schyłku życia poznać straszliwą tajemnicę związaną ze swymi narodzinami i odkryć własne przeznaczenie, które nie mogło się wypełnić skutkiem przedziwnych zrządzeń losu.”

Oj, strasznie długo czytalam tę powieść. O ile na początku całkowicie mnie pochłonęła, bo starożytny Egipt, podróże, egzotyka, starożytna medycyna,nawet wątek miłosny – wieć czegóż chcieć więcej. A jednak tak od połowy już nieco mi się nudziło i owe przemęczenie materiału spowodowało, iż już nie tak bardzo potrafiłam się tą książką zachwycać. Ale mimo to powieść jest naprawdę bardzo dobra. Miejscami zabawna, wzruszająca, skłaniająca do zadumy i spojrzenia inaczej na pewne sprawy. Bardzo klimatyczna, w dodatku napisana pięknym językiem. Jednym słowem same plusy.

„Die Botschaft der Tiere” – Diana Cooper

„Ebenso wie wir Menschen folgen auch die Tiere ihrem ganz eigenen Seelenplan. Mit ihren besonderen Fähigkeiten leisten sie auf dieser spirituellen Reise einen unschätzbar wertvollen Beitrag zur Transformation unserer Welt, hin zu einem neuen Goldenen Zeitalter. Was die Tiere uns dabei mitzuteilen haben, wie sie uns helfen und wie wir sie wirkungsvoll schützen können, wird durch Botschaften aus der Geistigen Welt deutlich, die Diana Cooper uns übermittelt. Mithilfe zahlreicher Visualisierungen und Gebete können wir mit den Tieren in telepathischen Kontakt kommen und ihre heilenden Energien in unser Leben holen. So empfangen wir die Schlüssel zu Freude und Klarheit, Frieden und Empathie – zum Besten von Mensch und Tier und unserem ganzen Planeten. „

Diana Cooper to specyficzna autorka i wiele w jej książkach ezoteryki i czasem całkiem „dziwnych” informacji. Dlatego też mimo że temat zwierząt mocy niezwykle mnie ciekawi, to ta lektura jakoś mnie do końca nie zachwyciała. Trzeba mieć bardzo dobry kontakt z własną intuicją by z tych 320 stron wyłuskać to, co naprawdę jest wartościowe. I owszem, jeśli ktoś wierzy w anioły i lubi z nimi pracować, to znajdzie tu wiele podpowiedzi do przeróżnych medytacji. Jednak do mnie samej zupelnie to nie przemówiło i raczej traktuję tę książkę jak taki dodatek niż rzeczywiście intertesującą i wartościową lekturę.

„Cafe Auschwitz” – Dirk Brauns

„Akcja powieści Dirka Braunsa dzieje się współcześnie w Polsce i w Niemczech. Urodzony w NRD młody nauczyciel niemieckiego i historii w niemieckiej szkole w Warszawie (porte-parole autora) staje się świadkiem wspomnień i wykonawcą zaskakującej ostatniej woli przypadkowo poznanego Janusza, byłego więźnia KL Auschwitz. Ich spotkanie w warszawskiej kawiarni staje się punktem wyjścia dla ciągu sensacyjnych wydarzeń obfitujących w zaskakujące zwroty akcji. Kompozycja sprawia, że utwór czyta się jak powieść sensacyjną. Autorowi udaje się unikalna sztuka wielowymiarowego przedstawienia i swoistej próby weryfikacji autentyczności sylwetek, poglądów, losów i teraźniejszości katów i ofiar na tle szkiców współczesnej Polski i Niemiec. Powieść jest znakomitą próbą ujęcia istotnej dla Polski i Niemiec tematyki także przez pryzmat codziennych zdarzeń – bez koturnów i śladów „kiczu niemiecko-polskiego pojednania”.

Nie jest mi łatwo napisać jakąś mądrą recenzję do tej powieści. Dla mnie była niezwykle interesująca. Z jednej strony mamy tu historię Janusza, byłego więźnia z Auschwitz, z drugiej problem rozliczenia społeczeństwa niemieckiego z nazizmu. Choć może nawet nie o samo rozliczenie chodzi, co o nie uciekanie od tematu, zobaczenie? Nie wiem. Mam naprawdę mieszane uczucia, bo rozumiem, iż niezwykle ważne jest aby pamiętać, a z drugiej strony ważne jest również, aby zamknąć pewne rozdziały. Nie chodzi o zapomnienie, ale o to, że świat idzie do przodu, że zauważalane są ogólnoplanetarne zmiany, że roztrząsanie przeszłości wcale nie jest najlepszym sposobem na tworzenie lepszego jutra. Takie moje refleksje.
Powieść jednak na pewno warta przeczytania.

„zawsze cię znajdę”

Przyśnił mi się Ktosiu.  Przyszedł do mnie po jakieś materiały, które były mu potrzebne, by mógł się przygotować do jakiś egzaminów. Ja miałam mu je dać. Była to jakaś książka oprawiona w ciemno czerwoną okładkę ze skóry, choć bardziej to wyglądało jak moje własne zapiski pisane na kartkach A4 i oprawione w taką jakby książkę. Nie miałam skanera by to dla niego pokopiować (a nie wiem dlaczego nie mogłam dać mu samej tej książki), więc chciałam porobić zdjęcia tych kartek, by potem je wydrukować. I wtedy zadzwonil do mnie kolega Bogdan. Nie dzwonił jednak telefonem, ale tak jakbym odebrała bezpośrednio w głowie telepatycznie jego głos. To kolega, którego w rzeczywistosci znam jeszcze z czasów studium, choć wtedy raczej sama trzymałam się względem niego na dystans. W ogóle nie widziałam go od conajmniej 25 lat. No i teraz w tym śnie odebrałam w głowie ten jego głos. Powiedział abyśmy z Ktosiem przyszli do niego, bo on ma taki sprzęt, który nam skopiuje tę książkę tak, że od razu będzie jakby druga już oprawiona w okładkę. Ucieszyłam się na tą wiadomość i odpowiedziałam, iż zaraz przyjdziemy. Mieliśmy już zaraz potem wychodzić, ale wtedy przyszły do mnie jakieś 2 inne koleżanki i powiedziały, że pilnie potrzebują mojej pomocy. Przez chwilę czułam się rozdarta, czy iść z Ktośkiem do Bogdana (on go nie zna i nie wie gdzie mieszka, bo to jedynie mój kolega), czy zostać z tymi koleżankami.  Jednak Ktosiek zadecydował abym została. Powiedział, że jakoś sam sobie poradzi i żebym lepiej została i pomogła dziewczynom.
Zostalam więc, ale gdy Ktosiek już wyszedł, dziewczyny zaczęły coś kręcić i wreszcie się okazuła, iż tak naprawdę wcale nie potrzebowały mojej pomocy.  Chciały mnie rozdzielić z Ktośkiem, a po drugie chciały mnie jakoś zmanipulować, bym robiła to, czego one chcą. Nie wiem jak, ale przejrzałam ten ich zamiar i najpierw się wkurzyląm na nie, ale szybko wybiegłam z domy, by dogonić Ktosia.  Jednak kiedy już byłam na dworze, okazało się, że minęło wiele czasu, może lat, może nawet jest już inne życie…

Mimo to, chcę pobiec jak najszybciej do domu Bogdana. Żeby tam dotrzeć, muszę przejść przez taki bardzo wielki i długi most. Idę tym mostem i idę, i mijam różnych ludzi, setki ludzi. A na moście rosną drzewa z owocami podobnymi do pomarańczy, ale dużo większymi i ludzie po drodze żywią się tymi owocami, bo ta droga wydaje się trwać jakby wiele dni. I ja też chcę zjeść takiego owoca, ale potem widzę, że ludzie, którzy je jedli się dziwnie zachowują. Są jak naćpani, albo trochę jak zombie, sterowani przez kogoś z góry. Np oni wszyscy zaczynają śpiewać i tańczyć jak w transie wytwarzając jakaś silną energię i ten ktoś z góry, kogo nie widzę, ale kto nimi steruje, ten byt jakby się ta energią żywi. No więc choć czuję się bardzo spragniona i głodna, to jednak nie chcę być takim zombie i nie jem żadnego owocu. Oni w tym transie zaczynają na mnie naciskać, namawiać mnie bym zjadła i ja zaczynam uciekać, biegnąc coraz szybciej przez ten most w stonę tego domu od Bogdana.
Docieram jakoś do niego, on mi daje kopię tej niby książki, ale patrzy tak dziwnie i mówi mi w głowie że „nie sądziłem, iż dasz radę sama tu się przedrzeć”, a potem wiem, że muszę wychodzić już i on nawet proponuje, że mnie odprowadzi, ale odmawiam. Wychodzę od niego i by wrócić muszę znowu przejść przez most. I wtedy widzę, że w międzyczasie się wszystko zmieniło. Za mostem budynki są całkiem inne, inny krajobraz, jakby inna epoka. I jest zima, straszna śnieżna zawierucha, ja nie mam odpowiednich butów, ani nawet kurtki czy płaszcza. No ale wchodzę na ten most i idę, mimo że trochę się boję, bo ta zima jest taka naprawdę przerażająca. I wtedy dzwoni do mnie właśnie Ktosiek, tak dzwoni telepatycznie do mojej głowy. Ja się cieszę, ze mam z nim kontakt, bo się nie czuję taka sama na tym moście. A on mnie tylko prosi, bym mu powiedziała gdzie jestem i w jakim czasie. Więc mu mówię, że jestem na moście, na poczatku mostu, i że jest zima. I wtedy on mi mówi, takie zdanie: „Nic się nie martw, na pewno cię znajdę. Nieważny czas i miejsce, zawsze cię znajdę”. I te słowa są takie uspokajacące dla mnie, że siadam tam na tym moście, w tej zamieci śnieżnej i myślę sobie, że on mnie znajdzie.

No i się budzę.

zwierzęta mocy – mrównik / prosię ziemne

źródło zdjęcia: http://wallpapersdsc.net/

Mrównik afrykański, znany również pod nazwą prosię ziemne, to gatunek ssaka z rzędu mrówników, którego jest jedynym żyjącym obecnie przedstawicielem. Posiada dość masywną sylwetkę, mocno wydłużoną głowę z długimi uszami i pyskiem w kształcie ryjka, oraz silnie umięśniony ogon. Z wyglądu więc mrównik może nam się kojarzyć jak jakieś połączenie kangura, zająca i świni. Mrównik posiada zęby, ale pozbawione korzeni i szkliwa, które stale rosną. Dysponuje też najbardziej rozwinitym aparatem węchowym pośrod wszystkich obecnie żyjacych ssaków.
Zwierzę to zamieszkuje Afrykę na południe od Sahary, aż do RPA, poza wybrzeżami Namibii, Ghany i Wybrzeża Kości Słoniowej. Zasiedla najczęściej tereny otwarte, sawanny, łąki, busz i zarośla. Generalnie wszędzie tam, gdzie występują też mrówki i termity, które to stanowią jego pożywienie. Mimo że mrównik jest dość duży i mocno rozpowszechniony w Afryce, wciąż jest zwierzęciem mało poznanym. Pewnie dlatego, iż trudno go spotkać, prowadzi bowiem nocny tryb życia, a dzień przesypia w swojej norze. Mrównik jest typem samotnika i zamieszkuje swoją norę w pojedynkę. Wyjatek stanowi matka wychowujaca młode. pł
Do kopania nor mrównik jest po prostu stworzony. Na swoim terenie posiada ich zwykle kilka, a każda ma inna funkcję. Długi nawet na kilkanaście metrów tunel główny, jest szeroki, głęboki i posiada kilka wejść. Nory mrównik zmienia okresowo, czyli kopie nowe. I potrafi to zrobić naprawdę bardzo szybko. Dlatego też jest uważany za budowniczego Afryki, a jego nory stanowią nieodlączny element afrykańskiego krajobrazu i kryjówkę dla wielu innych zwierząt.
Z genetycznego punktu widzenia mrównik jest żywą skamieniałością.
W afrykańskich legendach i wierzeniach postrzega się go jako jedno ze zwierząt, które pomagało w akcie stworzenia i do dziś pomaga przebudować ziemię.

źródło zdjęcia: http://wallpapersdsc.net/

I może mrównik jako zwierzę mocy pojawia się tylko nielicznym, to jednak kiedy już przychodzi, staje się dla nas wspanialym przewodnikiem i wielkim wsparciem. Mrównik, który przechowuje w sobie pamięć z czasów eksperymentów w Atlantydzie, wziął na siebie wielkie zadanie oczyszczania energetycznego ziemi z nagromadzonych, starych, negatywnych energii.  Wykopując głębokie nory z wieloma nieraz komorami, uczy nas jak bez lęku zagłębiać się w naszej własnej  podświadomości, poszukać ukrytych tam cieni i z łagodnością je uzdrowić. Nie musimy walczyć z naszymi cieniami, a przyjrzeć im się, uznać je w sobie i zaakceptować. Akceptacja jest tą siłą, która nauczy nas kochać siebie takimi, jacy jesteśmy. Bez wypierania się naszych cieni, bez uciekania od nich czy oszukiwania samych siebie. Pokochać siebie to prawdziwa i potężna moc uzdrawiania. Kiedy rozpoznamy, iż  tak naprawdę nie musimy siebie naprawiać, a jedynie odkryć ukryte w nas cuda, wtedy i nasze cienie będą transformować w stronę światła. Staną się nie przeszkodami, ale sprzymierzeńcami.  Mrównik uczy nas rozpoznawać to co wartościowe, piękne  i wyjątkowe w nas samych.  A jednocześnie pomaga nam tranformować nasze lęki, blokady i inne cienie w coś pozytywnego. A z każdym uzdrowionym w nas cieniem, z każdym cudem jaki w sobie sami odkryjemy, poniekąd uzdrawiamy i całą planetę. Mrównik przypomina nam, że podobnie jak i on, tak i my jesteśmy budowniczymi tego świata. I chociaż możemy być tego nieświadomi, to jednak nieraz pomagamy innym. Może będziemy dla kogoś inspiracją, może i drogowskazem, może czasem niechcąco dodamy jeszcze komuś innemu odwagi. Nieważne jak, ale kiedykolwiek uzdrawiamy coś w nas samych, wtedy w jakieś małej mierze uzdrawiamy też cały świat.
Mrównik uczy nas jednak łagodności i akceptacji nie tylko wobec nas samych, ale i innych. Nie potępiajmy zatem tych, którzy w ten czy inny sposób zaśmiecają ziemię. Dosłownie lub energetycznie. Potępianie czy krytykowanie kogokolwiek stwarza tak samo niskowibracyjną energię. Dużo bardziej korzystne będzie jeśli z poziomu naszego serca i z wizją pięknej i czystej ziemi, wyślemy takim osobom nasze błogosławieństwo miłości, nadziei i pokoju. W ten sposób najlepiej pomożemy im samym, nam oraz naszej przepieknej planecie.

Ale mrównik wspiera nas nie tylko w uzdrawianiu i oczyszczaniu. Przynosi nam również w darze umiejetność słuchania i odczuwania oraz dar jasnosłyszenia i jasnoczucia. Prawdziwe słuchanie połączone z głębokim czuciem, to nie lada sztuka. I często taka nasza prawdziwa obecność jest o wiele cenniejsza niż jakiekolwiek rady, wypowiadane mądrości czy pocieszenia. I nie ważne czy służymy naszą pełną obecnością nam samym, czy też komuś innemu. Jeśli będziemy słuchali uważnie wtedy usłyszymy nie tylko to, co słyszą zazwyczaj uszy, ale też to, co usłyszeć może jedynie serce.
I nauczymy się słyszeć szepty miłości, które wypowiada dla nas Wrzechświat. Wyczuć rytm jego pieśni, aby i nam latwiej było żyć w pełni pieśnią naszej duszy. Bo nawet jeśli czasem trzeba iść przez mrok albo zagłębić się w głębokie nory naszej podświadomości, to jednak mrównik zawsze bedzie nam wsparciem, abyśmy nie uciekali przed ciemnoscią w kierunku światła, ale sami się stali światłem.


ciemna strona: Mrównik wskazuje na gruboskórność, brak wrażliwości lub nadwrażliwość, wścibstwo, plotkarstwo, nie dotrzymywanie powierzonych tajemnic, żarloczność, nieśmiałość.


źródło zdjęcia: http://wallpapersdsc.net/

Jeśli mrównik jest twoim zwierzęciem mocy wtedy:
* Jesteś wrażliwy i uczuciowy, mimo że czasem wydajesz się być nieco gruboskórny.
* Kiedy jesteś zdenerwowany czy sfrustrowany jakąś sytuacją, wolisz wykorzystać energię złości jakoś twórczo na zewnątrz (np sprzątając lub naprawiając to, co wymaga naprawienia), niż do atakowania innych.
* Regularnie sprzątasz swoja przestrzeń pozbywając się wszystkiego co ją zaśmieca i już ci nie służy.
* Masz dar pomagania innym, nawet jeśli często czynisz to zupełnie nieświadomie.
* Masz dobre wyczucie do różnych spraw. Potrafisz jednocześnie zgłębić różne kwestie, by dostrzec to, co ukryte jest pod powierzchnią.
* Posiadasz zdolności jasnoczucia, jasnosłyszenia.

źródło zdjęcia: http://wallpapersdsc.net/

moja galeria – niedźwiadki

Dawno już nie malowałam na drewienkach, a wciąż tyle ich jeszcza mam. I tak wczoraj późnym wieczorem wreszcie mnie ona znowu przywołały. Wyciągnełam zatem farby, pędzle i tak oto  różne niedźwiadki się pojawiły.

Koala – akryl na drewienku brzozowym
Niedźwiadek – akryl na drewienku brzozowym
Niedźwiedź – akryl na drewienku modrzewiowym

„Niezwykłe akty prawdziwej miłości” – Danny Scheinmann

„Dramatyczny obraz dwójki mężczyzn, których przy życiu trzyma wspomnienie miłości. Ta pełna głębokich emocji lektura to doskonały debiut niezwykle utalentowanego pisarza !
Rok 1992. Leo Deakin budzi się w nieznanym mu szpitalu, gdzieś w Ameryce Południowej. Jego dziewczyna, Eleni, nie żyje, a on nie potrafi się z tym faktem pogodzić. Obarczając się bezustannie winą za wypadek, wpada w spiralę rozpaczy i beznadziei. Czy Leo ma jeszcze szansę odkryć coś, co na zawsze zmieni jego życie?
Rok 1917: Moritz Daniecki jest galicyjskim zbiegiem z syberyjskiego obozu jeńców wojennych. Od jego miasteczka i ukochanej dzieli go siedem tysięcy kilometrów. Może i Wielka Wojna dobiegła końca, ale Moritz musi jeszcze stawić czoła wycieńczającej wyprawie przez targany wojną domową kontynent. Czy kiedy w końcu dotrze w rodzinne strony, żeby prosić o rękę ukochanej, ona wciąż będzie na niego czekać?
Dwa mistrzowsko ze sobą splecione wątki, dwie fascynujące historie miłosne, dwie opowieści o bólu i stracie, jedna niezapomniana podróż w głąb ludzkich emocji.”

Leo podczas podróży w Ameryce Południowej traci swoją ukochaną, która ginie w wypadku autobusowym. Chłopak obwiniając się za jej śmierć i nie mogąc sobie poradzić ze stratą, wpada w coraz większe objęcia depresji.
Moritz, młody żołnierz, który dostaje się do obozu jeńców wojennych na Syberii. Miłość i nadzieja dodaje mu sił i odwagi nie tylko by z obozu uciec, ale by przejść pieszo kilka tysięcy kilometrów, by wrócić do swojej ukochanej.
Dwie historie, całkowicie odmienne, na pozór nie mające z sobą nic wspólnego. Każda na swój sposób dramatyczna i poruszająca.
Cierpienie, ból, tęsknota, poczucie winy, odwaga, wytrwałość i miłość. Jest tutaj wszystko, włącznie z ciekawostkami z życia zwierząt i elementami fizyki kwantowej. Wydaje się, jakby jedno z drugim nie miało nic wspólnego. A jednak… na jakimś poziomie wszyscy jesteśmy jednością.
Książka jak najbardziej godna polecenia.

tęcza

Ha! A to ci piękną niespodziankę od Wrzechświata na ten nowy rok dostałam. Tęcza. Tak, tak tęcza w środku zimy. Tzn zimy teoretycznej, bo u mnie dziś deszcz i prawdziwa wichura. I jedynie na chwilkę pojawilo się słoneczko, a wraz nim i tęcza. Co ciekawe pojawiła się z zupełnie innej strony niż zwykle u mnie widać tęcze. Nie zrobilam jej jednak zdjęcia, bo nim wpadłam na pomysł, by w ogóle poszukać aparat, tęcza już zniknęła. Ale co się zobaczyło, to moje. A dla mnie to był taki cudowny znak od Wrzechświata.  Znak, że niezależnie od tego co Życie mi przyniesie, zawsze mam przy sobie całe mnóstwo wsparcia mocy światła. Czyż to nie cudowna wiadomość?

I jakby na potwierdzenie już wieczorem pojawiła się pierwsza trudność, pierwsze wyzwanie do przejścia. Sytuacja standard. Z potencjałem do wielkiego konfliktu między mną i mężem. Taka, która powoduje smutek i łzy. I owszem, ten smutek i łzy pojawiły się na chwilę, ale nie zdominowały naszych serc. Nie rozgościły się na dobre. Nie zrobily nawet miejśca dla żalu, wyrzów czy kłótni. Raczej pomogły otworzyć się na całkiem inną, szczerą rozmowę. Tak jakby Wrzechświat pomógł nam obojgu przejść przez ten mały konflikt zupełnie jak po tęczy. Taki mały-wielki cud.

branzoletki fajne są

Tymczasem zatęskniłam troszeczkę do innego tworzenia. Przejrzałam resztki moich koralikowych kamyczków i tak zamiast naszyjnka powstały tym razem branzoletki. I – muszę przyznać – bardzo mi się spodobało to ich wyczarowywanie. Tym samym zapewne otwarły się przede mną jakieś nowe drzwi, bo nowa forma tworzenia to zawsze też nowe radości i nowa przygoda.

 

„Duch dżungli. Wspomnienia z dzikiej Wenezueli” – Justyna Romanowska

„Duch dżungli to zaproszenie do wzięcia udziału w fascynującej wyprawie Justyny Romanowskiej do wenezuelskiej dżungli. Jest to jednak podróż inna niż wszystkie. Autorka przemierza indiańskie wioski, podziwia piękno i moc dziewiczej przyrody, poznaje codzienne życie tubylców, jada to, czym obdarzy ją dżungla – lecz wkracza również w duchowy wymiar tej podróży. I tu zaczyna się gratka…”

Och! Przeczytałam tą książkę z wielką przyjemnością, bo też przepiękna to była opowieść. I chociaż bardzo lubię podróżnicze reportaże i tego typu powieści, to jeszcze bardziej ujmują mnie książki z duchowym przesłaniem. A tutaj dostałam oba te tematy w jednym pakiecie. Bo tak naprawdę „Duch dżungli” to nie tylko opowieść o Wenezueli, o Indianach czy samej dżungli, ale to przede wszystkim przepiękne świadectwo tego, kim jest sama autorka. Jakie ma podejście do życia, do innych ludzi, do  przyrody. Tak mnie ujęła pani Justyna tą swoją prostotą, otwartością serca. Tyle nauczyła. Tak bardzo poruszyla moje własne serce, że jestem pełna wdzieczności wobec niej za tę cudona książkę. I za każde napisane w niej słowo. Bo  dla mnie to nie są jedynie słowa, ale magia serca, siła serca, moc serca.

Bardzo bardzo polecam, nie tylko miłośnikom podróżniczych opowieści

deszczowy dzień

Dopiero teraz, kilka dni temu zabrałam się za czytanie „Biegnącej z wilkami”. Powoli mi idzie, ale nie o książce chciałam pisać. Tylko o tym, że znowu zadziwia mnie (w znaczeniu nie, że się dziwię, ale w znaczeniu że dostrzegam, odkrywam odpowiedzi i jestem wdzięczna za nie), jak Wrzechświat / Bóg / Źródełko / Wielki Duch w cudowny sposób daje mi znać, że: „Hej Basiu, jestem tu obok i wspieram cię „. Tak, tak, mniej więcej tak to się dzieje.
Idę sobie deszczową ulicą na zakupy, trochę sobie po cichu płaczę, bo akurat trochę więcej się zwaliło, mam doła i w ogóle jakaś taka dupiowato bezsilna się czuję. Idę zatem w tym deszczu, łzy mi lecą, choć można by uznać, że to taki mój wewnętrzny deszcz, więc jak najbardziej jest akurat na czasie. No i wypływa ze mnie ten smutek, lęk i to uczucie bezsilności, powolutku jakby znikają i jakaś taka pustka w mojej głowie się pojawia. Nie pytam już co dalej, jak dalej, nie pytam dlaczego, ani nawet nie próbuję zrozumieć co akurat się dzieje. A tu ni stąd ni zowąd „puk, puk” – akurat teraz przypomina mi się co tam wyczytałam w tej „Biegnącej z wilkami” kilka dni temu. I tak jakby zaczyna mi świtać w głowie: „puk, puk, hallo, to ja, inicjacja do nowego, a nie jakiś tam problem”. Nie do końca świadomie tak to rejestruję, bo nie jest to jakaś myśl przejrzysta, ale bardziej jak coś, co się pojawia na krawędzi mojej świadomości. Tak jakbym dostrzegła to zaledwie kątem oka. Ot mignęło, ale jednak „zobaczyłam”. I z miejsca czuję się lepiej. Łzy już chyba przestały lecieć, jakaś taka silniejsza się czuję, jakaś bardziej sklejona w środku. Nawet mam ochotę się uśmiechnąć. „Oj boziu, fajnie że ze mną jesteś.” Prawie słyszę jak Wrzechświat się uśmiecha . „Ty to zawsze znajdziesz jakiś sposób by poklepać po ramieniu i wesprzeć. Dzięki”. I w odpowiedzi słyszę nagle piękny śpiew ptaka. „Co za ptak śpiewa w czasie grudniowego deszczu?” dziwię się jeszcze przez sekundę. Ale jednocześnie wiem, że to jest śpiew dla mnie. Taki znak od Wrzechświata. Wielki Duch jest przy mnie. Bozia jest przy mnie. Joe jest przy mnie. We mnie, wokół mnie, ja jestem w nim. Wcale się nie muszę bać, smucić, martwić. Wcale nie muszę wielce dawać rady. Mam zaufać. No to ufam.
 
Od razu mi lepiej.

„Chata” – William Paul Young

„Najmłodsza córka Mackenziego Allena Phillipsa Missy została porwana podczas rodzinnych wakacji. W opuszczonej chacie, ukrytej na pustkowiach Oregonu, znaleziono ślady wskazujące na to, że została brutalnie zamordowana, ale ciała dziewczynki nie odnaleziono. Cztery lata później pogrążony w Wielkim Smutku Mack dostaje tajemniczy list, najwyraźniej od Boga, a w nim zaproszenie do tej właśnie chaty na weekend. Wbrew rozsądkowi Mack przybywa do chaty w zimowe popołudnie i wkracza do swojego najmroczniejszego koszmaru. Jednakże to, co tam znajduje, na zawsze odmienia jego życie.
Mack spędza w chacie weekend, uczestnicząc w czymś w rodzaju sesji terapeutycznej z Bogiem, nazywającym siebie Tatuśkiem, Jezusem, który pokazuje się pod postacią żydowskiego robotnika, i Sarayu, Azjatką uosabiającą Ducha Świętego.

Gdybym czytała tę książkę wiele lat temu, jeszcze przed „Rozmowami z Bogiem”, wtedy moze byłabym mocno poruszona. Moze bym ją polubiła na maxa i uznała ją za cudowną. Ale przeczytałam teraz. I jakoś tak nie za bardzo mi przypadła do gustu. Owszem, jest na swój sposób piękna, zawiera w sobie ważne przesłania, ale było w niej coś, co mnie mimo wszystko uwierało. Nie do końca ze mną rezonowalo i nie do końca przez to mogłam ją odebrać sercem. Historia sama w sobie, w której to szargany smutkiem po stracie córki Mack spotyka w chacie boga, jest całkiem dobra i naprawdę ma potencjał. Jednak jak na mój gust całość jest napisana tak, jakby momentami autorowi zabrakło weny twórczej. I akurat w tych momentach kiedy poruszane były naprawdę istotne kwestie między bogiem i Mackiem, dialogi stawały się raczej chaotyczne, czasem mało zrozumiałe, albo i nieco naciągane. Miałam wrażenie, jakby autor nie do końca chciał dzielić się tym, czym dzielić się zaczął.  Z drugiej strony, książka może na pewno pomóc niejednemu czytelnikowi naprawić więzi z bogiem, więc już choćby dlatego zasługuje na plusy i moją pochwałę.

ufam Życiu

Odebrałam dwa dni temu Olivera ze szpitala. Czeka go teraz oczywiście terapia, wiele wizyt u lekarzy, nas przy tym załatwianie wielu papierów, by jak najszybciej przyznano mu grupę inwalidzką, a potem kilku jeszcze ważnych spraw. A przy tym wszystkim święta już za tydzień. W tym roku będą dla nas one pewnie nieco mniej świąteczne, przynajmniej jeśli chodzi o te wszystkie przygotowania, tradycyjne potrawy itp. Ale czy to jest ważne? Dla mnie świętem i radością jest to, że jesteśmy razem, że się wspieramy, że mimo wszystkich tych trudnych chwil i doświadczeń, zawsze jest miejce i czas na miłość. Zarówno dla nas jak i dla innych. I to się prawdziwie liczy.
 
Niekórzy z was pytali mnie jak ja daję sobie radę, skąd biorę tę pogodę ducha by wobec tej choroby syna i wielu trudności, które przez to zwałiły nam się na głowę, nie tylko nie załamywać się, ale wciąż widzieć to piękno i doskonołaść w tym co przychodzi. Nie wiem, ale wydaje mi się że po części leży to w mojej naturze, a po części pomogła mi huna. Może mam to szczęście, że urodziłam się pod takimi gwiazdami, które wyposażyły mnie w nieco więcej optymizmu i ufności do życia. To nie jest jedynie naiwność, to jest prawdziwa wiara w to, że będzie dobrze. Dlatego, że tak naprawdę nic nie jest tylko takie, jakie być się wydaje. I tu pojawia się huna, która parę lat temu zawitała do mojego życiu, albo raczej ja zawędrowałam na jej ścieżki. I wszystko się zaczęło zmieniać. Walka zamieniła się w akceptację. Bezsilność w ufność, która napełnia odwagą, daje siłę i moc. Zawziętość lub poczucie krzywdy zamieniły się w pokorę i wybaczenie. I wreszcie to co najważniejsze, owe uczucie wdzięczności połączone z otwartością serca. I gotowość do miłości. Mimo wszystko. To nie jest naiwność. To jest siła.
 
I pisząc te słowa naprawdę absolutnie wierzę w to, że nie ma takiej rzeczy, której milość nie może uleczyć. Nie chodzi mi jedynie o dosłowne choroby, ale praktycznie o wszystko. O relacje nasze z innymi, o relacje nasze z samym sobą, czy bogiem. Nie zawsze wszystko musi być idealne, takie jak chcemy, czy sobie wyobrażamy. Życie to rytm, a rytm to rytm. Raz jest dzień, a raz noc, raz lato, a raz zima, raz lepiej, a raz gorzej. Ale zawsze jest możliwość wyboru. Mogę się lękać albo mogę zaufać. Tyle wspaniałych narzędzi mamy w sobie. Każdy z nas. I jeśli się o tym wie, jeśli się ma odwagę po nie sięgać, wtedy zaufanie po prostu staje się. Tak, staje się, bo i ja stawiam się do Życia. I ufam, że to Życie dba o mnie i dba o moich bliskich. Życie, Wrzećhświat, Źródło, Bóg – nazwa nie ma znaczenia.
 
  Aloha Mahalo
 
Kochani,
Wszystkim Wam życzę zaufania do Życia i cudownego czasu. Magii nie tylko tej świątecznej, ale codziennej. Niech Miłość i Wdzięczność Was prowadzą, a złoty deszcz błogosławieństwa niech towarzyszy wszystkim Waszym ścieżkom.

blaski zieleni

Nawet jesli moja codzienność czasami zasnuta jest ciemnymi chmurami, to jakże mogłabym całkowicie zapomnieć o tym, że zawsze można sobie nieco blasku samemu wyczarować.
Takie tam moje czary mary, oczywiście malowane farbami.

Malowanie to dla mnie jest jak forma modlitwy. Każdy ma jakis swój sposób, a mój jest własnie taki. Poczułam, iż potrzebuję teraz dużo zieleni, więc taką sobie wymalowałam w mojej Księdze Blasków. Bardzo mi to pomogło samej się sharmonizować. I w ogóle jakoś tak pozytywnie na mnie wpłynęło.