„Sekrety roślin i zwierząt w miejskiej dżungli” – Nathanael Johnson

 „Sekrety roślin i zwierząt w miejskiej dżungli uchylają rąbka tajemnicy z życia zwierząt i roślin, które znajdziesz na pobliskim skwerze, w parku czy przy drodze do pracy. Lupa, lornetka i przewodnik – tylko tyle potrzeba, aby poznać fascynujący świat miejskiej przyrody. Każdy z bohaterów książki odkrywa nie tylko własną historię, ale ukazuje również prawdziwe oblicze świata natury – który bywa przewrotny, czasem irytuje, ale przede wszystkim jest przepiękny.”

Zachwyciła mnie ta książka. Przeczytałam ją jakiś czas temu, ale wciąż leży na moim nocnym stoliku i wciąż sobie lubię do niej na nowo zaglądnąć. Zawsze mnie nieco irytowaly te wszystkie duchowe „mądrości” w stylu, że aby mieć prawdziwy kontakt z naturą, to trzeba gdzieś tam w nieskazitelną dzicz się udać i tam z naturą kontakt nawiązywać. Albo jak chcemy z drzewami pogadać, to koniecznie do lasu i najlepiej ze starym jakimś drzewem. No i buntowałam się w środku na te przekazy, bo wychodzilo na to, że wiekszość ludzkości w miastach żyjących, to już dupa blada, na straconej pozycji jest, a drzewa powiedzmy osiedlowe jakieś gorsze. O zwierzątkach miastowych w ogóle się nie wspominało.
Tymczasem sama mieszkam w wielkim mieście, ale to nie jest jedynie betonowa dżungla. Bo przecież codziennie rano budzą mnie śpiewy kosów, nocami słyszę słowiki. Codziennie spotykam wiewiórki, dzikie króliki biegają po trawnikach, wieczorkami spacerują jeże i w ogóle całe tabuny wszelkich zwierzątek krzyżują swoje ścieżki z moimi. Wystarczy je tylko zauważyć, z szacunkiem się im przyjrzeć i posłuchać co mają do opowiedzenia. To samo z drzewami, kwiatami, krzaczkami… Moje miasto nie jest betonową dżunglą oderwaną od natury. Moje miasto jest tak samo tętniące przyrodą jak las. Tylko nieco inaczej. I wasze miasta również.

Dlatego też ta książka nie tylko wywołała mój zachwyt, ale stała się cudowną inspiracją. Tak, tak , nabyłam lornetkę i obserwuję moje osiedlowe ptaszki. A na spacerach delektuję cykaniem świerszczy, lub smakuję kwiatki akacji czy innych smakowitości. W zasadzie robiłam to już od lat. Teraz jedynie z nieco większą świadomością i zachwytem wobec tej natury, która dla mnie tu jest.

Dzięki tej lekturze po raz pierwszy zupełnie inaczej spojrzałam na gołębie. W dodatku książka zawiera tyle fajnych ciekawostek, a wszystko napisane takim prostym zwyczajnym językiem, bez wymądrzania się i górnolotnych dyrdymałów. Po prostu kocham tę książkę!
I z całego serca wam polecam.

„Przebudzenie Lisicy” – Dora Rosłońska

„Jesteś kobietą. Stań przed sobą w prawdzie, przejrzyj się w lustrze. Niech w tej chwili nic nie przeszkadza Ci w tej rozmowie z sobą. Jesteś. Po prostu. Ta książka, to Twoje lustro. Przejrzyj się w nim i znajdź te odbicia, które chcesz zmazać. Znajdź te kryształki lodu, które chcesz wypłakać ze swoich oczu. Zaczniemy od tych najtrudniejszych odbić w lustrze, potem będzie coraz łatwiej. Spójrz ponownie, by zobaczyć wreszcie moce, które masz w sobie, w sercu i swojej kobiecej naturze. Potrafisz. Wspierają Cię w tym Zwierzęta Mocy swoją Miłością i wiarą. Możesz wszystko.”
fragment książki

Temat zwierząt mocy w połączeniu z tematem uzdrawiania kobiecości naprawdę ma wielki potencjal, więc i książka przyciąga uwagę. Niestety, nie mogę o niej napisać, że wniosła coś nowego dla mnie samej. Owszem, czytało się fajnie, bo napisana jest lekkim językiem, ale sama treść już niekoniecznie mnie zachwycała, mimo że zwierzątka mocy, na bazie których autorka snuje swoją opopwieść każde bez wyjątku zasługują na uwagę. Nie do końca tylko rozumiem dlaczego niektóre z nich przedstawione są jedynie od strony cienia, wręcz tak, jakby były ucieleśnieniem głupoty, lęków i zniewolenia, a inne jedynie od strony światła. Jaskólka – całkiem nieporadna, czarna pantera – agresywna egoistka idąca po trupach, ćma – marzy ale sie boi, sójka – to samo. Trochę lepiej wypadła foka czy pajęczyca, a np wilczyca i lisica to już tylko supermoce i supermądrość. Ktoś, kto dopiero wchodzi w temat zwierząt mocy, może mieć po tej lekturze wrażenie jakoby niektóre zwierzątka były „cool” i super, a inne już niekoniecznie. Wiem, że cała opowieść ma ukazać pewne wzory i programy do uleczenia w nas, jednak właśnie to dziwne (dla nnie) przedstawienie poszczególnych zwierząt, stoi – jak na moje odczucie – z owym uzdrawianiem programów w sprzeczności, bo samo w sobie jest pewnym programem.. No ale pomijając ten szczegół, książka jak wspomniałam wyżej ma potencjał. I jeśli poczyta się ją z otwartym sercrem i umysłem, można naprawdę odkryć małe skarby, czego wszystkim przy tej lekturze życzę.

„Minuta uważności” – Simon Parke

„Czasami tracimy kontakt ze sobą tak bardzo, że nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Do czasu, gdy nagle uświadomimy sobie, że właśnie doświadczamy czegoś bez faktycznego przeżywania tych zdarzeń. Tak jakby wszystko działo się obok nas.
Dzieje się tak, ponieważ tak wiele czasu poświęcamy na rozmyślania, co niedługo się zdarzy, spiesząc się, by wykonać kolejną rzecz, albo na rozpamiętywanie błędów z przeszłości i zadręczanie się nimi, że rzadko udaje nam się żyć chwilą obecną.
W niniejszej książce Simon Parke, za pomocą inspirujących historii oraz prostych stwierdzeń, uczy nas, jak wyraźniej spojrzeć na świat, wrócić do teraźniejszości i w niej pozostać. Ta subtelna zmiana sprawi, że w krótkim czasie uzdrowimy swoją duszę i ciało oraz wniesiemy spokój do każdej dziedziny życia, co pozwoli nam żyć swobodnie i w pełni. By to osiągnąć, wystarczy poświęcić dokładnie JEDNĄ MINUTĘ DZIENNIE na praktyki i rozważania mindfulness tak prosto i plastycznie tu opisane.
Inspirująca i praktyczna – ta książka jest dla każdego, kto chce wrócić do swojego życia – do siebie.”

Oj, zajęło mi wiele czasu przeczytanie tej książki, ale też w ogóle ostatnio jakoś czytanie zepchnięte u mnie było jedynie na kilka chwil wykradzionych nocą. Cóż mogę napisać o tym zbiorku króciutkich przypowiastek składających się na „Minutę uważności”? Z pewnością są wśród nich takie, które potrafią dotknąć jakoś naszego wnętrza i w prosty sposób nagle odkryć przed nami jakąś ważną dla nas lekcję. Jednak chyba raczej tylko wtedy, gdy sięgniemy po te opowiastki pojedyńczo, w maleńkich dozach, a nie w pakiecie. Ale chyba nawet tak powinno się czytać tę książkę, na raty, bez pośpiechu, a właśnie zatrzymując się w teraźniejszości. Wdychając i smakując chwilę….
Lektura może nie powala, ale jak dla mnie ma to „coś”. I pewnie jeszcze będę wracać do niej otwierając książkę tak na chybił trafil, by ze smaczkiem (albo i nie) uchwycić dany moment.

„Die Botschaft der Tiere” – Diana Cooper

„Ebenso wie wir Menschen folgen auch die Tiere ihrem ganz eigenen Seelenplan. Mit ihren besonderen Fähigkeiten leisten sie auf dieser spirituellen Reise einen unschätzbar wertvollen Beitrag zur Transformation unserer Welt, hin zu einem neuen Goldenen Zeitalter. Was die Tiere uns dabei mitzuteilen haben, wie sie uns helfen und wie wir sie wirkungsvoll schützen können, wird durch Botschaften aus der Geistigen Welt deutlich, die Diana Cooper uns übermittelt. Mithilfe zahlreicher Visualisierungen und Gebete können wir mit den Tieren in telepathischen Kontakt kommen und ihre heilenden Energien in unser Leben holen. So empfangen wir die Schlüssel zu Freude und Klarheit, Frieden und Empathie – zum Besten von Mensch und Tier und unserem ganzen Planeten. „

Diana Cooper to specyficzna autorka i wiele w jej książkach ezoteryki i czasem całkiem „dziwnych” informacji. Dlatego też mimo że temat zwierząt mocy niezwykle mnie ciekawi, to ta lektura jakoś mnie do końca nie zachwyciała. Trzeba mieć bardzo dobry kontakt z własną intuicją by z tych 320 stron wyłuskać to, co naprawdę jest wartościowe. I owszem, jeśli ktoś wierzy w anioły i lubi z nimi pracować, to znajdzie tu wiele podpowiedzi do przeróżnych medytacji. Jednak do mnie samej zupelnie to nie przemówiło i raczej traktuję tę książkę jak taki dodatek niż rzeczywiście intertesującą i wartościową lekturę.

„Cafe Auschwitz” – Dirk Brauns

„Akcja powieści Dirka Braunsa dzieje się współcześnie w Polsce i w Niemczech. Urodzony w NRD młody nauczyciel niemieckiego i historii w niemieckiej szkole w Warszawie (porte-parole autora) staje się świadkiem wspomnień i wykonawcą zaskakującej ostatniej woli przypadkowo poznanego Janusza, byłego więźnia KL Auschwitz. Ich spotkanie w warszawskiej kawiarni staje się punktem wyjścia dla ciągu sensacyjnych wydarzeń obfitujących w zaskakujące zwroty akcji. Kompozycja sprawia, że utwór czyta się jak powieść sensacyjną. Autorowi udaje się unikalna sztuka wielowymiarowego przedstawienia i swoistej próby weryfikacji autentyczności sylwetek, poglądów, losów i teraźniejszości katów i ofiar na tle szkiców współczesnej Polski i Niemiec. Powieść jest znakomitą próbą ujęcia istotnej dla Polski i Niemiec tematyki także przez pryzmat codziennych zdarzeń – bez koturnów i śladów „kiczu niemiecko-polskiego pojednania”.

Nie jest mi łatwo napisać jakąś mądrą recenzję do tej powieści. Dla mnie była niezwykle interesująca. Z jednej strony mamy tu historię Janusza, byłego więźnia z Auschwitz, z drugiej problem rozliczenia społeczeństwa niemieckiego z nazizmu. Choć może nawet nie o samo rozliczenie chodzi, co o nie uciekanie od tematu, zobaczenie? Nie wiem. Mam naprawdę mieszane uczucia, bo rozumiem, iż niezwykle ważne jest aby pamiętać, a z drugiej strony ważne jest również, aby zamknąć pewne rozdziały. Nie chodzi o zapomnienie, ale o to, że świat idzie do przodu, że zauważalane są ogólnoplanetarne zmiany, że roztrząsanie przeszłości wcale nie jest najlepszym sposobem na tworzenie lepszego jutra. Takie moje refleksje.
Powieść jednak na pewno warta przeczytania.

zwierzęta mocy – mrównik / prosię ziemne

źródło zdjęcia: http://wallpapersdsc.net/

Mrównik afrykański, znany również pod nazwą prosię ziemne, to gatunek ssaka z rzędu mrówników, którego jest jedynym żyjącym obecnie przedstawicielem. Posiada dość masywną sylwetkę, mocno wydłużoną głowę z długimi uszami i pyskiem w kształcie ryjka, oraz silnie umięśniony ogon. Z wyglądu więc mrównik może nam się kojarzyć jak jakieś połączenie kangura, zająca i świni. Mrównik posiada zęby, ale pozbawione korzeni i szkliwa, które stale rosną. Dysponuje też najbardziej rozwinitym aparatem węchowym pośrod wszystkich obecnie żyjacych ssaków.
Zwierzę to zamieszkuje Afrykę na południe od Sahary, aż do RPA, poza wybrzeżami Namibii, Ghany i Wybrzeża Kości Słoniowej. Zasiedla najczęściej tereny otwarte, sawanny, łąki, busz i zarośla. Generalnie wszędzie tam, gdzie występują też mrówki i termity, które to stanowią jego pożywienie. Mimo że mrównik jest dość duży i mocno rozpowszechniony w Afryce, wciąż jest zwierzęciem mało poznanym. Pewnie dlatego, iż trudno go spotkać, prowadzi bowiem nocny tryb życia, a dzień przesypia w swojej norze. Mrównik jest typem samotnika i zamieszkuje swoją norę w pojedynkę. Wyjatek stanowi matka wychowujaca młode. pł
Do kopania nor mrównik jest po prostu stworzony. Na swoim terenie posiada ich zwykle kilka, a każda ma inna funkcję. Długi nawet na kilkanaście metrów tunel główny, jest szeroki, głęboki i posiada kilka wejść. Nory mrównik zmienia okresowo, czyli kopie nowe. I potrafi to zrobić naprawdę bardzo szybko. Dlatego też jest uważany za budowniczego Afryki, a jego nory stanowią nieodlączny element afrykańskiego krajobrazu i kryjówkę dla wielu innych zwierząt.
Z genetycznego punktu widzenia mrównik jest żywą skamieniałością.
W afrykańskich legendach i wierzeniach postrzega się go jako jedno ze zwierząt, które pomagało w akcie stworzenia i do dziś pomaga przebudować ziemię.

źródło zdjęcia: http://wallpapersdsc.net/

I może mrównik jako zwierzę mocy pojawia się tylko nielicznym, to jednak kiedy już przychodzi, staje się dla nas wspanialym przewodnikiem i wielkim wsparciem. Mrównik, który przechowuje w sobie pamięć z czasów eksperymentów w Atlantydzie, wziął na siebie wielkie zadanie oczyszczania energetycznego ziemi z nagromadzonych, starych, negatywnych energii.  Wykopując głębokie nory z wieloma nieraz komorami, uczy nas jak bez lęku zagłębiać się w naszej własnej  podświadomości, poszukać ukrytych tam cieni i z łagodnością je uzdrowić. Nie musimy walczyć z naszymi cieniami, a przyjrzeć im się, uznać je w sobie i zaakceptować. Akceptacja jest tą siłą, która nauczy nas kochać siebie takimi, jacy jesteśmy. Bez wypierania się naszych cieni, bez uciekania od nich czy oszukiwania samych siebie. Pokochać siebie to prawdziwa i potężna moc uzdrawiania. Kiedy rozpoznamy, iż  tak naprawdę nie musimy siebie naprawiać, a jedynie odkryć ukryte w nas cuda, wtedy i nasze cienie będą transformować w stronę światła. Staną się nie przeszkodami, ale sprzymierzeńcami.  Mrównik uczy nas rozpoznawać to co wartościowe, piękne  i wyjątkowe w nas samych.  A jednocześnie pomaga nam tranformować nasze lęki, blokady i inne cienie w coś pozytywnego. A z każdym uzdrowionym w nas cieniem, z każdym cudem jaki w sobie sami odkryjemy, poniekąd uzdrawiamy i całą planetę. Mrównik przypomina nam, że podobnie jak i on, tak i my jesteśmy budowniczymi tego świata. I chociaż możemy być tego nieświadomi, to jednak nieraz pomagamy innym. Może będziemy dla kogoś inspiracją, może i drogowskazem, może czasem niechcąco dodamy jeszcze komuś innemu odwagi. Nieważne jak, ale kiedykolwiek uzdrawiamy coś w nas samych, wtedy w jakieś małej mierze uzdrawiamy też cały świat.
Mrównik uczy nas jednak łagodności i akceptacji nie tylko wobec nas samych, ale i innych. Nie potępiajmy zatem tych, którzy w ten czy inny sposób zaśmiecają ziemię. Dosłownie lub energetycznie. Potępianie czy krytykowanie kogokolwiek stwarza tak samo niskowibracyjną energię. Dużo bardziej korzystne będzie jeśli z poziomu naszego serca i z wizją pięknej i czystej ziemi, wyślemy takim osobom nasze błogosławieństwo miłości, nadziei i pokoju. W ten sposób najlepiej pomożemy im samym, nam oraz naszej przepieknej planecie.

Ale mrównik wspiera nas nie tylko w uzdrawianiu i oczyszczaniu. Przynosi nam również w darze umiejetność słuchania i odczuwania oraz dar jasnosłyszenia i jasnoczucia. Prawdziwe słuchanie połączone z głębokim czuciem, to nie lada sztuka. I często taka nasza prawdziwa obecność jest o wiele cenniejsza niż jakiekolwiek rady, wypowiadane mądrości czy pocieszenia. I nie ważne czy służymy naszą pełną obecnością nam samym, czy też komuś innemu. Jeśli będziemy słuchali uważnie wtedy usłyszymy nie tylko to, co słyszą zazwyczaj uszy, ale też to, co usłyszeć może jedynie serce.
I nauczymy się słyszeć szepty miłości, które wypowiada dla nas Wrzechświat. Wyczuć rytm jego pieśni, aby i nam latwiej było żyć w pełni pieśnią naszej duszy. Bo nawet jeśli czasem trzeba iść przez mrok albo zagłębić się w głębokie nory naszej podświadomości, to jednak mrównik zawsze bedzie nam wsparciem, abyśmy nie uciekali przed ciemnoscią w kierunku światła, ale sami się stali światłem.


ciemna strona: Mrównik wskazuje na gruboskórność, brak wrażliwości lub nadwrażliwość, wścibstwo, plotkarstwo, nie dotrzymywanie powierzonych tajemnic, żarloczność, nieśmiałość.


źródło zdjęcia: http://wallpapersdsc.net/

Jeśli mrównik jest twoim zwierzęciem mocy wtedy:
* Jesteś wrażliwy i uczuciowy, mimo że czasem wydajesz się być nieco gruboskórny.
* Kiedy jesteś zdenerwowany czy sfrustrowany jakąś sytuacją, wolisz wykorzystać energię złości jakoś twórczo na zewnątrz (np sprzątając lub naprawiając to, co wymaga naprawienia), niż do atakowania innych.
* Regularnie sprzątasz swoja przestrzeń pozbywając się wszystkiego co ją zaśmieca i już ci nie służy.
* Masz dar pomagania innym, nawet jeśli często czynisz to zupełnie nieświadomie.
* Masz dobre wyczucie do różnych spraw. Potrafisz jednocześnie zgłębić różne kwestie, by dostrzec to, co ukryte jest pod powierzchnią.
* Posiadasz zdolności jasnoczucia, jasnosłyszenia.

źródło zdjęcia: http://wallpapersdsc.net/

moja galeria – niedźwiadki

Dawno już nie malowałam na drewienkach, a wciąż tyle ich jeszcza mam. I tak wczoraj późnym wieczorem wreszcie mnie ona znowu przywołały. Wyciągnełam zatem farby, pędzle i tak oto  różne niedźwiadki się pojawiły.

Koala – akryl na drewienku brzozowym
Niedźwiadek – akryl na drewienku brzozowym
Niedźwiedź – akryl na drewienku modrzewiowym

„Niezwykłe akty prawdziwej miłości” – Danny Scheinmann

„Dramatyczny obraz dwójki mężczyzn, których przy życiu trzyma wspomnienie miłości. Ta pełna głębokich emocji lektura to doskonały debiut niezwykle utalentowanego pisarza !
Rok 1992. Leo Deakin budzi się w nieznanym mu szpitalu, gdzieś w Ameryce Południowej. Jego dziewczyna, Eleni, nie żyje, a on nie potrafi się z tym faktem pogodzić. Obarczając się bezustannie winą za wypadek, wpada w spiralę rozpaczy i beznadziei. Czy Leo ma jeszcze szansę odkryć coś, co na zawsze zmieni jego życie?
Rok 1917: Moritz Daniecki jest galicyjskim zbiegiem z syberyjskiego obozu jeńców wojennych. Od jego miasteczka i ukochanej dzieli go siedem tysięcy kilometrów. Może i Wielka Wojna dobiegła końca, ale Moritz musi jeszcze stawić czoła wycieńczającej wyprawie przez targany wojną domową kontynent. Czy kiedy w końcu dotrze w rodzinne strony, żeby prosić o rękę ukochanej, ona wciąż będzie na niego czekać?
Dwa mistrzowsko ze sobą splecione wątki, dwie fascynujące historie miłosne, dwie opowieści o bólu i stracie, jedna niezapomniana podróż w głąb ludzkich emocji.”

Leo podczas podróży w Ameryce Południowej traci swoją ukochaną, która ginie w wypadku autobusowym. Chłopak obwiniając się za jej śmierć i nie mogąc sobie poradzić ze stratą, wpada w coraz większe objęcia depresji.
Moritz, młody żołnierz, który dostaje się do obozu jeńców wojennych na Syberii. Miłość i nadzieja dodaje mu sił i odwagi nie tylko by z obozu uciec, ale by przejść pieszo kilka tysięcy kilometrów, by wrócić do swojej ukochanej.
Dwie historie, całkowicie odmienne, na pozór nie mające z sobą nic wspólnego. Każda na swój sposób dramatyczna i poruszająca.
Cierpienie, ból, tęsknota, poczucie winy, odwaga, wytrwałość i miłość. Jest tutaj wszystko, włącznie z ciekawostkami z życia zwierząt i elementami fizyki kwantowej. Wydaje się, jakby jedno z drugim nie miało nic wspólnego. A jednak… na jakimś poziomie wszyscy jesteśmy jednością.
Książka jak najbardziej godna polecenia.

tęcza

Ha! A to ci piękną niespodziankę od Wrzechświata na ten nowy rok dostałam. Tęcza. Tak, tak tęcza w środku zimy. Tzn zimy teoretycznej, bo u mnie dziś deszcz i prawdziwa wichura. I jedynie na chwilkę pojawilo się słoneczko, a wraz nim i tęcza. Co ciekawe pojawiła się z zupełnie innej strony niż zwykle u mnie widać tęcze. Nie zrobilam jej jednak zdjęcia, bo nim wpadłam na pomysł, by w ogóle poszukać aparat, tęcza już zniknęła. Ale co się zobaczyło, to moje. A dla mnie to był taki cudowny znak od Wrzechświata.  Znak, że niezależnie od tego co Życie mi przyniesie, zawsze mam przy sobie całe mnóstwo wsparcia mocy światła. Czyż to nie cudowna wiadomość?

I jakby na potwierdzenie już wieczorem pojawiła się pierwsza trudność, pierwsze wyzwanie do przejścia. Sytuacja standard. Z potencjałem do wielkiego konfliktu między mną i mężem. Taka, która powoduje smutek i łzy. I owszem, ten smutek i łzy pojawiły się na chwilę, ale nie zdominowały naszych serc. Nie rozgościły się na dobre. Nie zrobily nawet miejśca dla żalu, wyrzów czy kłótni. Raczej pomogły otworzyć się na całkiem inną, szczerą rozmowę. Tak jakby Wrzechświat pomógł nam obojgu przejść przez ten mały konflikt zupełnie jak po tęczy. Taki mały-wielki cud.

branzoletki fajne są

Tymczasem zatęskniłam troszeczkę do innego tworzenia. Przejrzałam resztki moich koralikowych kamyczków i tak zamiast naszyjnka powstały tym razem branzoletki. I – muszę przyznać – bardzo mi się spodobało to ich wyczarowywanie. Tym samym zapewne otwarły się przede mną jakieś nowe drzwi, bo nowa forma tworzenia to zawsze też nowe radości i nowa przygoda.

 

„Duch dżungli. Wspomnienia z dzikiej Wenezueli” – Justyna Romanowska

„Duch dżungli to zaproszenie do wzięcia udziału w fascynującej wyprawie Justyny Romanowskiej do wenezuelskiej dżungli. Jest to jednak podróż inna niż wszystkie. Autorka przemierza indiańskie wioski, podziwia piękno i moc dziewiczej przyrody, poznaje codzienne życie tubylców, jada to, czym obdarzy ją dżungla – lecz wkracza również w duchowy wymiar tej podróży. I tu zaczyna się gratka…”

Och! Przeczytałam tą książkę z wielką przyjemnością, bo też przepiękna to była opowieść. I chociaż bardzo lubię podróżnicze reportaże i tego typu powieści, to jeszcze bardziej ujmują mnie książki z duchowym przesłaniem. A tutaj dostałam oba te tematy w jednym pakiecie. Bo tak naprawdę „Duch dżungli” to nie tylko opowieść o Wenezueli, o Indianach czy samej dżungli, ale to przede wszystkim przepiękne świadectwo tego, kim jest sama autorka. Jakie ma podejście do życia, do innych ludzi, do  przyrody. Tak mnie ujęła pani Justyna tą swoją prostotą, otwartością serca. Tyle nauczyła. Tak bardzo poruszyla moje własne serce, że jestem pełna wdzieczności wobec niej za tę cudona książkę. I za każde napisane w niej słowo. Bo  dla mnie to nie są jedynie słowa, ale magia serca, siła serca, moc serca.

Bardzo bardzo polecam, nie tylko miłośnikom podróżniczych opowieści

deszczowy dzień

Dopiero teraz, kilka dni temu zabrałam się za czytanie „Biegnącej z wilkami”. Powoli mi idzie, ale nie o książce chciałam pisać. Tylko o tym, że znowu zadziwia mnie (w znaczeniu nie, że się dziwię, ale w znaczeniu że dostrzegam, odkrywam odpowiedzi i jestem wdzięczna za nie), jak Wrzechświat / Bóg / Źródełko / Wielki Duch w cudowny sposób daje mi znać, że: „Hej Basiu, jestem tu obok i wspieram cię „. Tak, tak, mniej więcej tak to się dzieje.
Idę sobie deszczową ulicą na zakupy, trochę sobie po cichu płaczę, bo akurat trochę więcej się zwaliło, mam doła i w ogóle jakaś taka dupiowato bezsilna się czuję. Idę zatem w tym deszczu, łzy mi lecą, choć można by uznać, że to taki mój wewnętrzny deszcz, więc jak najbardziej jest akurat na czasie. No i wypływa ze mnie ten smutek, lęk i to uczucie bezsilności, powolutku jakby znikają i jakaś taka pustka w mojej głowie się pojawia. Nie pytam już co dalej, jak dalej, nie pytam dlaczego, ani nawet nie próbuję zrozumieć co akurat się dzieje. A tu ni stąd ni zowąd „puk, puk” – akurat teraz przypomina mi się co tam wyczytałam w tej „Biegnącej z wilkami” kilka dni temu. I tak jakby zaczyna mi świtać w głowie: „puk, puk, hallo, to ja, inicjacja do nowego, a nie jakiś tam problem”. Nie do końca świadomie tak to rejestruję, bo nie jest to jakaś myśl przejrzysta, ale bardziej jak coś, co się pojawia na krawędzi mojej świadomości. Tak jakbym dostrzegła to zaledwie kątem oka. Ot mignęło, ale jednak „zobaczyłam”. I z miejsca czuję się lepiej. Łzy już chyba przestały lecieć, jakaś taka silniejsza się czuję, jakaś bardziej sklejona w środku. Nawet mam ochotę się uśmiechnąć. „Oj boziu, fajnie że ze mną jesteś.” Prawie słyszę jak Wrzechświat się uśmiecha . „Ty to zawsze znajdziesz jakiś sposób by poklepać po ramieniu i wesprzeć. Dzięki”. I w odpowiedzi słyszę nagle piękny śpiew ptaka. „Co za ptak śpiewa w czasie grudniowego deszczu?” dziwię się jeszcze przez sekundę. Ale jednocześnie wiem, że to jest śpiew dla mnie. Taki znak od Wrzechświata. Wielki Duch jest przy mnie. Bozia jest przy mnie. Joe jest przy mnie. We mnie, wokół mnie, ja jestem w nim. Wcale się nie muszę bać, smucić, martwić. Wcale nie muszę wielce dawać rady. Mam zaufać. No to ufam.
 
Od razu mi lepiej.

„Chata” – William Paul Young

„Najmłodsza córka Mackenziego Allena Phillipsa Missy została porwana podczas rodzinnych wakacji. W opuszczonej chacie, ukrytej na pustkowiach Oregonu, znaleziono ślady wskazujące na to, że została brutalnie zamordowana, ale ciała dziewczynki nie odnaleziono. Cztery lata później pogrążony w Wielkim Smutku Mack dostaje tajemniczy list, najwyraźniej od Boga, a w nim zaproszenie do tej właśnie chaty na weekend. Wbrew rozsądkowi Mack przybywa do chaty w zimowe popołudnie i wkracza do swojego najmroczniejszego koszmaru. Jednakże to, co tam znajduje, na zawsze odmienia jego życie.
Mack spędza w chacie weekend, uczestnicząc w czymś w rodzaju sesji terapeutycznej z Bogiem, nazywającym siebie Tatuśkiem, Jezusem, który pokazuje się pod postacią żydowskiego robotnika, i Sarayu, Azjatką uosabiającą Ducha Świętego.

Gdybym czytała tę książkę wiele lat temu, jeszcze przed „Rozmowami z Bogiem”, wtedy moze byłabym mocno poruszona. Moze bym ją polubiła na maxa i uznała ją za cudowną. Ale przeczytałam teraz. I jakoś tak nie za bardzo mi przypadła do gustu. Owszem, jest na swój sposób piękna, zawiera w sobie ważne przesłania, ale było w niej coś, co mnie mimo wszystko uwierało. Nie do końca ze mną rezonowalo i nie do końca przez to mogłam ją odebrać sercem. Historia sama w sobie, w której to szargany smutkiem po stracie córki Mack spotyka w chacie boga, jest całkiem dobra i naprawdę ma potencjał. Jednak jak na mój gust całość jest napisana tak, jakby momentami autorowi zabrakło weny twórczej. I akurat w tych momentach kiedy poruszane były naprawdę istotne kwestie między bogiem i Mackiem, dialogi stawały się raczej chaotyczne, czasem mało zrozumiałe, albo i nieco naciągane. Miałam wrażenie, jakby autor nie do końca chciał dzielić się tym, czym dzielić się zaczął.  Z drugiej strony, książka może na pewno pomóc niejednemu czytelnikowi naprawić więzi z bogiem, więc już choćby dlatego zasługuje na plusy i moją pochwałę.

ufam Życiu

Odebrałam dwa dni temu Olivera ze szpitala. Czeka go teraz oczywiście terapia, wiele wizyt u lekarzy, nas przy tym załatwianie wielu papierów, by jak najszybciej przyznano mu grupę inwalidzką, a potem kilku jeszcze ważnych spraw. A przy tym wszystkim święta już za tydzień. W tym roku będą dla nas one pewnie nieco mniej świąteczne, przynajmniej jeśli chodzi o te wszystkie przygotowania, tradycyjne potrawy itp. Ale czy to jest ważne? Dla mnie świętem i radością jest to, że jesteśmy razem, że się wspieramy, że mimo wszystkich tych trudnych chwil i doświadczeń, zawsze jest miejce i czas na miłość. Zarówno dla nas jak i dla innych. I to się prawdziwie liczy.
 
Niekórzy z was pytali mnie jak ja daję sobie radę, skąd biorę tę pogodę ducha by wobec tej choroby syna i wielu trudności, które przez to zwałiły nam się na głowę, nie tylko nie załamywać się, ale wciąż widzieć to piękno i doskonołaść w tym co przychodzi. Nie wiem, ale wydaje mi się że po części leży to w mojej naturze, a po części pomogła mi huna. Może mam to szczęście, że urodziłam się pod takimi gwiazdami, które wyposażyły mnie w nieco więcej optymizmu i ufności do życia. To nie jest jedynie naiwność, to jest prawdziwa wiara w to, że będzie dobrze. Dlatego, że tak naprawdę nic nie jest tylko takie, jakie być się wydaje. I tu pojawia się huna, która parę lat temu zawitała do mojego życiu, albo raczej ja zawędrowałam na jej ścieżki. I wszystko się zaczęło zmieniać. Walka zamieniła się w akceptację. Bezsilność w ufność, która napełnia odwagą, daje siłę i moc. Zawziętość lub poczucie krzywdy zamieniły się w pokorę i wybaczenie. I wreszcie to co najważniejsze, owe uczucie wdzięczności połączone z otwartością serca. I gotowość do miłości. Mimo wszystko. To nie jest naiwność. To jest siła.
 
I pisząc te słowa naprawdę absolutnie wierzę w to, że nie ma takiej rzeczy, której milość nie może uleczyć. Nie chodzi mi jedynie o dosłowne choroby, ale praktycznie o wszystko. O relacje nasze z innymi, o relacje nasze z samym sobą, czy bogiem. Nie zawsze wszystko musi być idealne, takie jak chcemy, czy sobie wyobrażamy. Życie to rytm, a rytm to rytm. Raz jest dzień, a raz noc, raz lato, a raz zima, raz lepiej, a raz gorzej. Ale zawsze jest możliwość wyboru. Mogę się lękać albo mogę zaufać. Tyle wspaniałych narzędzi mamy w sobie. Każdy z nas. I jeśli się o tym wie, jeśli się ma odwagę po nie sięgać, wtedy zaufanie po prostu staje się. Tak, staje się, bo i ja stawiam się do Życia. I ufam, że to Życie dba o mnie i dba o moich bliskich. Życie, Wrzećhświat, Źródło, Bóg – nazwa nie ma znaczenia.
 
  Aloha Mahalo
 
Kochani,
Wszystkim Wam życzę zaufania do Życia i cudownego czasu. Magii nie tylko tej świątecznej, ale codziennej. Niech Miłość i Wdzięczność Was prowadzą, a złoty deszcz błogosławieństwa niech towarzyszy wszystkim Waszym ścieżkom.

blaski zieleni

Nawet jesli moja codzienność czasami zasnuta jest ciemnymi chmurami, to jakże mogłabym całkowicie zapomnieć o tym, że zawsze można sobie nieco blasku samemu wyczarować.
Takie tam moje czary mary, oczywiście malowane farbami.

Malowanie to dla mnie jest jak forma modlitwy. Każdy ma jakis swój sposób, a mój jest własnie taki. Poczułam, iż potrzebuję teraz dużo zieleni, więc taką sobie wymalowałam w mojej Księdze Blasków. Bardzo mi to pomogło samej się sharmonizować. I w ogóle jakoś tak pozytywnie na mnie wpłynęło.

 

„Jesus liebt mich” – David Safier

„Marie hat das Talent, sich ständig in die falschen Männer zu verlieben. Kurz nachdem ihre Hochzeit geplatzt ist, lernt sie einen Zimmermann kennen. Und der ist so ganz anders als alle Männer zuvor: einfühlsam, selbstlos, aufmerksam. Dummerweise erklärt er beim ersten Rendezvous, er sei Jesus. Zunächst denkt Marie, dieser Zimmermann habe nicht alle Zähne an der Laubsäge. Doch bald dämmert ihr: Joshua ist wirklich der Messias. Hat Marie sich diesmal in den falschesten aller Männer verliebt?”

David Savier należy do moich ulubionych autorów, dlatego też zawsze z radością sięgam po jego ksiązki. W grudniowej atmosferze świąt wybrałam do przeczytania tą, której tytuł już sugerował spotkanie z Jezusem. Ha! No ale jak to u Saviera, musiałoby być nieprzewidywalnie i nieco poplatanie. Pojawili się zatem do kompletu również anioł Gabriel, Szatan i nawet sam ojciec Bóg. A wszystko na tydzień przed ostateczną apokalipsą i sądnym dniem. Na szczęście we wszystko wplątana była nasza główna bohaterka Marie. I chyba dzieki niej powieść w ogole była zabawna, a jednocześnie taka … na swój sposób swojska.
I chociaż moim zdaniem nie jest to najlepsza powieść Saviera, to jednak było miło ją poczytać.

mandale i cytaty

„Kiedy wszystko wokół nas się zmienia, dowiadujemy się, jacy naprawdę jesteśmy. To bardzo ważna i cenna wiedza. Poznajemy nasze prawdziwe pragnienia. W odmętach chaosu odkrywamy prawdę.”

(Megan Hart – „Trzy oblicza pożądania”)

„Nieznane więzi natury” – Peter Wohlleben

„Jeśli spotkałeś się z opinią, że korniki to pasożyty niszczące zdrowy las, a wilki to tylko niebezpieczne drapieżniki, które wymagają odstrzału, to sprawdź, jakie są fakty. W swojej kolejnej książce Peter Wohlleben ujawnia niewidoczne dla zwykłych obserwatorów więzi między wszystkimi stworzeniami – od niepozornych bakterii po dumne dęby i buki. Pokazuje nam, jak ich wzajemne relacje trzymają w ryzach cały bogaty ekosystem przyrody, dzięki czemu pozostaje on w równowadze. Uświadamia, że o środowisko musi dbać nie tylko „leśna policja”. Przyszłość niebieskiej planety zależy również od tego, jaką rolę w tym procesie odegrają ludzie.”

Jak dla mnie książka była niezwykle ciekawa. Może nie aż tak bardzo jak poprzednie części leśnej trylogi, ale jednak ani przez moment się przy tej lekturze nie nudziłam. Peter Wohlleben ma dar opowiadania o wszystkim w bardzo prosty, a jednocześnie interesujący sposób. Tym samym książka (podobnie jak i poprzednie części) nie tylko przybliża czytelnika do natury, zwłaszcza naszych środkowoeropejskich lasów, pomaga lepiej ją poznać i zrozumieć, ale po prostu budzi taką zupełnie nową płaszczyznę połączenia. I to jest niezaprzeczalnie największy dar z tej lektury. Serdecznie polecam.

„Cienie Ziemi” – Beth Revis

„Ostatni tom bestsellerowej trylogii Beth Revis. Kontynuacja „W otchłani” oraz „Miliona słońc”.

Uczestnicy misji docierają do nowej Ziemi, lecz towarzyszy im poczucie przeraźliwej grozy. Są osaczeni przez krwiożercze bestie i paraliżującą roślinność, zagrażają im nieznane technologie. Pojawiają się kolejne morderstwa. Czyżby planeta próbowała zabić swoich kolonizatorów?”

Trzecia część trylogii podobnie jak poprzednie po prostu powala. Jest na maxa wciągająca, zaskakująca, piękna i niesamowita. Znowu mamy tu wiele zagadek, pytań i dramatycznych zwrotów akcji trzymających czytelnika w napięciu i niepozwalających nawet na odrobinę nudy. A przy tym jest w tym wszystkim ukryte piękno i przesłanie.
I kiedy doczytałam do ostatniej strony aż żal było mi się rozstać z bohaterami i tym fantastycznym światem na Centurii Ziemi. Gorco polecam!

magiczne księgi – Paw

Paw, królewski ptak, posłaniec bogów, od zawsze mnie przyciągał. Pawie piórka, pawie kolorki, pawie przesłanie. Zawsze kiedy zapomnam o samej sobie, paw w jakiś magiczny sposób pojawia się i przypomina. Ta księga jest takim moim wyrazem wdzięczności wobec pawia. I by uhonorować go po królewsku, jak na pawia przystało, nawet kartki otrzymały złoty rand.

„Milion słońc” – Beth Revis

„Misja trwa. Po obaleniu dyktatora na pokładzie „Błogosławionego” zapanowała radość. Nie trwa jednak długo, gdyż okazuje się, że załoga statku skrywała tajemnicę, która może przesądzić o losach wyprawy. Niespodziewanie nowa fala morderstw staje się zalążkiem buntu. Rozpoczyna się walka o przetrwanie.
Amy rusza tropem tajemniczych wskazówek pozostawionych przez jednego z uczestników misji, a Starszy mierzy się z nowymi wyzwaniami, które stanęły przed nim jako przywódcą. Nikt nie zna odpowiedzi na pytanie, czy kiedykolwiek pasażerowie „Błogosławionego” dotrą do nowej Ziemi…”

Drugi cyklu „W otchłani” jest jeszcze ciekawszy od pierwszego. A ż trudno było mi sie oderwać od czytania. Amy przestała być już tak irytująca, stała się jakby dojrzalsza, a przez to bardziej sympatyczna. Również Starszy przytłoczony spoczywającą na jego barkach odpowiedzialnością znacznie wydoroślał. Oboje nie są już zagubionymi dzieciakami, a parą młodych ludzi, która dzielnie stawia czoło niebezpieczeństwom i wyzwaniom. A dfzieje sie naprawdę wiele. Do tego wszystkiego dochodzą zagadki pozostawione przez Oriona i oto mamy pakiet wszystkiego, co czyni tę książkę niesamowicie ciekawą i wciągającą od pierwszej strony do ostatniej. Jak dla mnie rewelacja.

magiczne księgi – Wilk

Na pierwszą księgę wybrałam motyw z wilkiem. To taka mała kopia obrazu namalowanego kiedyś dla mojego Olivera. Oj, przyznaję, malowanie na księdze zamiast na płótnie przy sztalugach to zupełnie inne doświadczenie. Ale sprawiło mi równie wiele radości. Dopieszczałam więc to swoje nowe dzieło z prawdziwą czułością, z miłością i błogosławieństwem.  Aby samo w sobie było takim swoistym blaskiem, w tej pierwszej wymalowanej przeze mnie księdze blasków.

 

 

 

 

magiczne księgi – obrazy w nowej odsłonie

Jakiś czas temu szukałam sama dla siebie jakieś pięknej księgi, która mogłaby mi posłużyć jako taka moja osobista, magiczna Księga Blasków. Dłuuuuugo szukałam w internecie takiej, która naprawdę by mi się podobała od pierwszego wejrzenia. No ale wreszcie znalazłam. Przybyła do mnie aż zza oceanu. I chociaż zachwycała mnie ona jako ona, to już mniej zachwycająca była jej cena. I wtedy właśnie pomyślałam, iż przecież ja sama potrafię również wyczarować taką ksiżkę. No dobra, może nie całkiem od początku, ale przynajmniej mogłabym gotowe już małe księgi farbami przemienić w magiczne małe księgi.

Księgi Snów
Księgi Blasków
Księgi Wdzięczności
Księgi Małych Cudów

Co tam duszy  się w takiej księdze zamarzy zapisać.

Najpierw trzeba było znaleźć same księgi, z okładkami oprawionymi w lniane płótno.  I koniecznie z kartkami takimi, na których można pisać piórem bez obawy, że atrament będzie się rozlewał jak w bibule. Ale wiadomo, kto szuka ten znajdzie. Tak i ja wreszcie znalazłam. Kupiłam pierwsze trzy na próbę, a potem zabrałam się za malowanie. I tak powstały moje pierwsze magiczne księgi.